Zapraszam do lektury jednego z trzech najstarszych żywotów św. Tomasza z Akwinu autorstwa dominikanina Pietro Calo. Jest to pierwsze tłumaczenie tego dzieła na język polski.
Co skłoniło mnie do przetłumaczenia i zaprezentowania współczesnemu czytelnikowi tego XIV-wiecznego manuskryptu? Studiowanie biografii św. Tomasza z Akwinu rozpocząłem od lektury polskiego wydania książki Jean-Pierre’a Torrella pt. „Tomasz z Akwinu – człowiek i dzieło”. Jest to pozycja ze wszech miar godna polecenia: ciekawa, napisana jasnym językiem, posiadająca liczne przypisy i bogatą bibliografię. Jak przystało na publikację naukową, autor dba o zgodność historyczną, wielokrotnie przybliża kontekst kulturowy oraz historyczny, odkrywa nieznane fakty. W kolejnych rozdziałach opisuje wydarzenia, których źródłem były najwcześniejsze, XIV-wieczne życiorysy. Są one jednak przedstawione współczesnym językiem, z przypisami i objaśnieniami, przez co – choć wzorowe pod względem metodologii pracy historyka Kościoła – tracą urok średniowiecznego oryginału.
To właśnie ten niepowtarzalny duch dawnych manuskryptów skłonił mnie do prezentacji i tłumaczenia jednego z nich. Moja praca w żaden sposób nie zastępuje dzieł historyków czy biografów, ale pozwala czytelnikowi przenieść się niemal 700 lat wstecz.
Pietro Calo – autor XIV wiecznej biografii św. Tomasza z Akwinu
Autorem „Żywota świętego Tomasza z Akwinu” jest dominikanin Pietro Calo, zwany również: Petro Calo de Clugia, ale również w wersji ze zniekształconym nazwiskiem: Petro Scalo. Urodził się w drugiej połowie XIII wieku, prawdopodobnie pochodził z Chioggii. O jego życiu nie wiadomo zbyt wiele, ale wiemy, że był bratem w Zakonie Kaznodziejskim i przebywał w konwentach w Treviso, Ferrarze, Wenecji, Padwie oraz Cividale. Pewne informacje można wyczytać także z jego dzieła; w żywocie św. Hilariona wspomina, że w 1342 roku przebywał na Cyprze i tam, dzięki przychylności króla, osobiście widział ciało świętego. Zmarł w klasztorze św. Dominika w Cividale dnia 11 grudnia 1348 roku. Więcej informacji biograficznych znajduje się w poniższch przypisach. [1] [2] [3] [4]
Jego najważniejszym dziełem jest „Legendarium”, podzielone na „Legendae de tempore” (czyli czytania związane ze świętami roku liturgicznego) oraz na „Legendae de sanctis” (czyli zbiór biografii świętych). Z drugiej części pochodzi właśnie biografia św. Tomasz z Akwinu. Biografia ta powstała najprawdopodobniej pomiędzy rokiem 1318 a 1323 i należy ją zaliczyć do najdawniejszych biografii Doktora Anielskiego. Autor tak pisze o swoim dziele w Prologu: „Ponieważ wiele jest w Kościele świętym świąt znakomitych i uroczystych, a także bardzo wielu świętych, wybitnych uczniów Chrystusa, czy to apostołów, męczenników, wyznawców i dziewic, o których w używanych legendach nie znajduje się nic albo bardzo niewiele — dlatego w niniejszym dziele zamierzam obszerniej przedstawić to, co o nich można znaleźć w księgach klasztornych czy kościelnych oraz w różnych historiach, choć niedoskonałych, ujmując to w skrócie, unikając rozwlekłych prologów i zbędnego gadulstwa. Aby zachować porządek bardziej odpowiedni, taki jak w brewiarzu i mszale naszego Zakonu Braci Kaznodziejów, najpierw będę mówił o świętach uroczystych przypadających na oficjum okresowe, następnie o świętych, umieszczając ich męki i żywoty w odpowiednich dniach, aby służyły chwale, jak można to zauważyć gdzie indziej; na końcu zaś zamieszczę tych wszystkich, których męki lub śmierci nie zdołałem odnaleźć. Dzieło to poddaję badaniu i osądowi Stolicy Apostolskiej oraz wszystkich moich przełożonych, nie zamierzając twierdzić niczego, czego nie uznaje święty Kościół. Wszystko inne pozostawiam ocenie kaznodziejów i lektorów.”
Prezentowany żywot św. Tomasza z Akwinu jest zgodnie z intencją autora zwięzły i „pozbawiony gadulstwa”, co czyni go łatwiejszym do tłumaczenia na język polski.
Uwagi o warsztacie pracy
Nie posiadając kierunkowego wykształcenia, lecz umiejętnie wykorzystując narzędzia informatyczne, podjąłem się zadania, które jeszcze kilka lat temu wydawałoby się niewykonalne – a przynajmniej wymagałoby znacznie więcej czasu i energii. Moim celem było przeniesienie XIV-wiecznego żywota św. Tomasza z Akwinu z formatu PDF do edytowalnej formy tekstowej oraz, co najważniejsze, przełożenie tego dzieła na język polski. Poniżej przedstawiam główne etapy mojej pracy.
Podstawę moich działań stanowiło krytyczne wydanie życiorysu św. Tomasza autorstwa Pietra Calo, opublikowane w 1912 roku przez dominikanina D. Prümmera. Tekst ten dostępny był jedynie w formie skanu całej książki zapisanego w formacie PDF. [5]
Pracę rozpocząłem od podziału pliku PDF na poszczególne rozdziały. Następnie, przy pomocy darmowych narzędzi OCR, skonwertowałem interesujące mnie fragmenty do postaci tekstowej. Jak można było się spodziewać, ze względu na niską jakość druku oryginału, otrzymany tekst zawierał liczne błędy i literówki.
Do oczyszczenia warstwy tekstowej wykorzystałem modele AI – Gemini 3 oraz ChatGPT 5.3. Usunąłem błędy powstałe podczas konwersji oraz dawne błędy drukarskie. Ujednoliciłem także pisownię imion, nazwisk oraz nazw własnych i geograficznych, dbając o ich zapis wielką literą. Był to proces żmudny, ponieważ zależało mi na zachowaniu specyfiki dawnej łaciny i unikaniu poprawiania oryginału według współczesnych norm językowych. Pozostawiając „średniowieczną” formę języka, weryfikowałem jednocześnie, czy nie będzie ona stanowiła bariery dla późniejszego procesu przekładu na język polski.
Mając do dyspozycji „oczyszczony” tekst łaciński, możliwie bliski wydaniu z 1912 roku, przystąpiłem do właściwego tłumaczenia. Kluczowym elementem było precyzyjne sformułowanie kontekstu dla modeli AI – system musiał „rozumieć”, że pracuje z tekstem czternastowiecznym, znać postać autora oraz tematykę dzieła. Tłumaczenia dokonywałem etapami, rozdział po rozdziale. W efekcie otrzymałem surowy przekład, który miejscami bywał jednak niezgrabny lub nie w pełni oddawał kontekst opisywanych wydarzeń. W ostatniej fazie pracy skupiłem się na analizie pojedynczych zdań i fragmentów tekstu. Model AI proponował zazwyczaj kilka alternatywnych wersji, z których wybierałem tę najbardziej trafną. Ten iteracyjny proces był zdecydowanie najbardziej wymagający i angażujący. Wymagał najwięcej wysiłku z mojej (czytaj: ludzkiej) strony.
Ostateczny rezultat to tłumaczenie maksymalnie zbliżone do łacińskiego pierwowzoru, wolne od oczywistych kalek językowych, uproszczeń czy braków logicznych. Zdecydowałem, że nawet kosztem współczesnej klarowności, pozostanę wierny formie oryginału. Stąd w tekście zachowano liczne rozbudowane zdania i rzadsze zwroty. Dzięki temu przekład oddaje ducha XIV-wiecznego manuskryptu, a nie brzmi jak nowoczesna maszynowa translacja. Zapraszam do podróży w czasie i lektury jednego z trzech najstarszych żywotów św. Tomasza z Akwinu.
ŻYWOT ŚW. TOMASZA Z AKWINU;
Autor: Pietro Calo [6]
Imię Tomasz tłumaczy się jako „otchłań” albo „bliźniak”; można je też wyprowadzić od thomos, co oznacza „podział” lub „cięcie”, albo też rozumieć jako „całkowicie zwrócony” [ku Bogu]. Był on bowiem „otchłanią” ze względu na głębię poznania, „bliźniakiem” ze względu na miłość albo ze względu na podwójną doskonałość — uczucia i rozumu; „podzielony” lub „odcięty” od wszelkiej nieczystości; a jako „całkowicie zwrócony ku Bogu” — przez stałość i żarliwość kontemplacji oraz pobożności.
O świętym Tomaszu z Akwinu
I.
Najbłogosławieńszy Tomasz z Akwinu wywodził się ze szlachetnych rodziców: Landulfa, hrabiego Akwinu, oraz Teodory z Neapolu; narodził się szlachetny tak z ciała, jak i z ducha, na pograniczu Kampanii i Królestwa Sycylii. Miał także dwóch braci, Landulfa i Rejnalda, mężów dzielnych, oraz dwie siostry obdarzone świętością życia, których przyjęło życie wieczne i spoczynek, co zostało mu objawione w duchu. Gdy matka nosiła go jeszcze w łonie i przebywała w swoim zamku Roccasecca, pewien mąż słynący ze świętości i dobrej sławy, który nieopodal na górze od dawna wiódł życie pustelnicze, wiedziony Duchem Bożym przybył do niej i winszując jej, rzekł: „Raduj się prawdziwie, o pani; porodzisz bowiem syna, który zostanie nazwany Tomaszem, a w nim zaiste znajdzie się otchłań najpełniejszej mądrości. Tego to syna ty i jego ojciec zamierzycie oddać do klasztoru świętego Benedykta na Monte Cassino, mając nadzieję, że tam wyniesiony do godności opata, przyniesie waszemu domowi korzyść i doczesną chwałę. Lecz próżny jest zamysł przeciwko postanowieniom Bożym. Bóg bowiem, spoglądając z nieba i widząc, że świat potrzebuje duchowego światła, postanowił, aby on wstąpił do Zakonu Kaznodziejskiego. Tam, oświecony Bożym światłem, okaże się pożyteczniejszy niż wszyscy inni jego towarzysze. Będzie bowiem jaśniał tak wielką wiedzą i świętością życia, że w jego czasach nie znajdzie się nikt mu podobny”. Na co pokorna i roztropna matka odpowiedziała: „Niech się stanie wola Pana, której nikt nie może się sprzeciwić”. Co też później potwierdził bieg wydarzeń.
II.
Gdy zaś się narodził i odrodził u duchowego źródła [został ochrzczony], oddano go mamce. Ta, gdy pewnego razu podążyła za matką chłopca do łaźni w godnym towarzystwie i niosła dziecię w pobliżu kąpieliska, znalazła w jego prawej rączce zwiniętą karteczkę. Gdy ze zdziwieniem chciała mu ją wyciągnąć z dłoni, chłopiec zanosząc się płaczem, zaczął gorzko płakać. Mamka, litując się nad nim, zaprzestała swych prób i zaczęła go myć, gdy ten wciąż trzymał ową karteczkę w dłoni, rozważając w milczeniu, że nie wydarzyło się to bez wyższego znaczenia. Wychodząc z łaźni z chłopcem, zauważyła, że on nadal mocno ściska karteczkę w rączce i odmawia jej oddania. Wtedy zdumiona powiadomiła matkę o tym, co zaszło. Ta, ciesząc się i dziwiąc zarazem, wzięła chłopca w ramiona i wszelkimi pieszczotami, jakimi mogła, wabiąc go, wyrwała mu z rączki karteczkę. Znalazła na niej napisany początek naszego zbawienia: Ave Maria (Zdrowaś Maryjo). I słusznie się stało, aby jego prawa ręka trzymała Pozdrowienie Anielskie – przez niego bowiem Bóg, niczym przez pióro, podał światu wiele zbawiennych nauk. Gdy zaś matka chciała odłożyć kartkę, płaczący chłopiec wyciągał rączkę, dając do zrozumienia, że koniecznie chce ją odzyskać. Kiedy matka, litując się nad nim, oddała mu ją, on przyjął ją z radością, włożył do ust i czym prędzej połknął. Od tego czasu zakorzenił się w nim taki obyczaj, że ilekroć płakał, nie przestawał szlochać, dopóki nie podano mu jakiejś kartki, co jasno zapowiadało, że w przyszłości stanie się „skarbcem Pisma”. Ezechielowi podano księgę, aby ją zjadł; Janowi także dano księgę, by ją podobnie pochłonął; Tomaszowi zaś dano ją, aby został napełniony duchem mądrości – niczym drugi Jeremiasz – on bowiem miał jasno i najgłębiej rozprawiać o tajemnicy Wcielenia Chrystusa.
III.
Zresztą, gdy jego ojciec z wielką ciekawością dowiadywał się, w jaki sposób można poznać, jaki los czeka każdego z jego synów, pewien znawca odpowiedział mu: „Jeśli dziecię poniżej drugiego roku życia płacze nieukojenie, a na widok jakiejś rzeczy nagle się uspokaja, to wokół tej właśnie rzeczy obracać się będzie w przyszłości jego umysł”. Gdy więc święty chłopiec płakał gorzko w objęciach piastunki i nie dawał się w żaden sposób pocieszyć ani widokiem jakichkolwiek przedmiotów, ani brzmieniem słów, pojawił się ktoś niosący w rękach księgę. Na jej widok Boże dziecię natychmiast przestało płakać i zdawało się wręcz rwać z ramion opiekunki, wpatrując się z uwagą i radosnym obliczem w tę księgę. Obecni przy tym, zdumieni, orzekli jednym głosem: „To dziecię będzie w przyszłości arką mądrości”. Pewnego razu, gdy pobożna pani, jego matka, udała się z mamką i innymi służebnicami do pobliskiej kaplicy przy swym pałacu, by wysłuchać mszy, zostawiła chłopca śpiącego w łóżku. Pod ich nieobecność chłopiec przebudził się i raczkując raczej, niż idąc, dotarł do pewnej otwartej skrzyni, w której znajdowało się wiele rękopisów i mnóstwo innych pism. Chłopiec rozrzucił je wszystkie po komnacie, z uwagą pochylając się nad każdym z osobna. Gdy matka powróciła wraz z innymi i to ujrzała, w zdumieniu i osłupieniu rozważała, co Bóg uczyni z tym dziecięciem, prorokując na podstawie tego znaku, że będzie on mężem najmędrszym. Z powodu tych znaków oraz dlatego, że taki był zwyczaj możnych zamieszkujących ten region, ojciec posłał go w wieku pięciu lat z godną eskortą do klasztoru na Monte Cassino – niczym Samuela do Helego – aby tam nasiąkł dobrymi obyczajami i wiedzą. Oddany pod opiekę pewnemu mistrzowi, przede wszystkim zaczął – jak drugi Jozjasz – szukać Pana Boga swego, dopytując mistrza z niepokojem i często: „Czym jest Bóg?”. Każdego dnia zachowywał w pamięci to, co mówił mu nauczyciel. Jako niewinne dziecko unikał towarzystwa zuchwalców, a jako dojrzały duchem stronił od ludzi rozwiązłych; z wielkim zapałem oddawał się nauce. Ponadto o każdej porze dnia i nocy znajdował czas na modlitwę, trwając w milczeniu i spokoju. Gdy donoszono o tym matce ku jej radości, dziwiła się ona synowi, rozważając to wszystko w swym sercu i mając nadzieję na wypełnienie się tego, co zostało powiedziane w obietnicy.
IV.
Widząc zatem, że chłopiec wyróżnia się podziwu godną bystrością umysłu i jaśnieje uczciwością obyczajów, opat klasztoru na Monte Cassino posłał do jego ojca wiadomość, iż taki chłopiec nie powinien ukrywać się w zaciszu klasztornym, lecz winien zostać wysłany do Neapolu, gdzie kwitła nauka, aby oświecony blaskiem mądrości mógł później głosić zbawienne nauki. Usłyszawszy to, ojciec posłał syna do Neapolu, by ten odebrał najstaranniejsze wykształcenie w zakresie gramatyki, dialektyki i retoryki. Gdy w krótkim czasie prześcignął swego nauczyciela gramatyki, Marcina, oddano go pod opiekę mistrzowi Piotrowi Irlandczykowi, który kształcił go w logice i naukach przyrodniczych. Chłopiec był tak zdolny, że lekcje, których słuchał u swego mistrza, powtarzał jaśniej i wnikliwiej niż inni. Kiedy wieść o nim rozeszła się po szkołach, młodzieniec Boży, rozumiejąc przez natchnienie ducha, że niebezpiecznie jest „mieszkać ze skorpionami”, a zarazem łaknąc źródła mądrości i ujęty kazaniami, które słyszał w domu braci kaznodziejów – przy współdziałaniu Pana i za namową brata Jana od św. Juliana, ówczesnego przeora w Neapolu – z najwyższą pobożnością wstąpił do Zakonu Kaznodziejskiego. Miał wówczas trzynaście lat i uczynił to wbrew woli ojca, który patrzył niechętnie na jego pomyślny wybór. Ludzie zaś dziwili się, że tak szlachetny chłopiec, porzuciwszy chwałę świata, wstąpił do zakonu żebraczego. Doniesiono o tym matce. Ta, bolejąc i ciesząc się jednocześnie, z orszakiem przybyła do Neapolu, pragnąc pocieszyć się widokiem syna. Cierpiała bowiem, że zostaje pozbawiona doczesnej pociechy ze swego potomka, lecz pokrzepiała się myślą, że oto wypełnia się to, co o nim prorokowano. Bracia zakonni zaś, dowiedziawszy się o jej przybyciu, a nie znając jej pobożnych zamiarów i lękając się, by nie utracić tak wielkiego talentu powierzonego im przez Boga przez matczyne namowy, ukryli świętego chłopca niczym drogocenny skarb. A żeby nie został im odebrany podstępem lub siłą, wysłali go w godnym towarzystwie do Rzymu. Słysząc to, matka, zapłonąwszy jeszcze większym pragnieniem spotkania, udała się do Rzymu. Przybywszy do klasztoru św. Sabiny, gdzie przebywał syn, prosiła braci, by pokazali jej ukochane dziecko, zapewniając, że nie będzie go namawiać do odejścia, lecz raczej zachęci go do wytrwania w powołaniu. Jednak bracia, zazdrośni o swój skarb i nieufni wobec niej, postanowili wysłać go do Paryża. Nie uszło to jednak uwagi matki. Poruszona do głębi i strwożona, wysłała posłańców do swoich starszych synów, którzy służyli w wojsku cesarza Fryderyka II w pobliżu zamku Acquapendente, jak pisze Piotr de Vineis, aby im przekazać: „Wasz brat Tomasz, porwany przez braci kaznodziejów, jest wiedziony do Paryża. O biada! Już go więcej nie ujrzę. Bracia nie chcieli mi go pokazać choćby na chwilę – mojej radości serca! Ratujcie brata, wyrwijcie moją lilię i przyprowadźcie ją waszej nieszczęsnej matce!” Słysząc to, bracia zostali przeszyci bólem. Otrzymawszy pozwolenie od cesarza, ruszyli bezdrożami, rozstawiając straże na drogach, by pojmać go, gdziekolwiek go znajdą. Szukając pilnie, znaleźli chłopca wraz z czterema braćmi przy studni, gdy odpoczywali znużeni podróżą. Chwytając go, próbowali zedrzeć z niego habit. On zaś krzycząc i lejąc obfite łzy, kurczowo trzymał się tej szaty niewinności. O, jak wielki ból ogarnął braci, gdy ujrzeli, że w tak krótkim czasie zostali pozbawieni tak wielkiego skarbu!
V.
Odesłano zatem bolesnego syna do strapionej matki. Ta zaś, widząc syna, zaczęła płakać z radości. Lecz Boży chłopiec, nie dając się pocieszyć, zalewał się nieukojonymi łzami, a łzy jego stały się mu chlebem we dnie i w nocy (Ps 41, 4). Bojąc się zatem matka, by nie utracić tego, którego szukała z takim trudem i niepokojem serca, nakazała go pilnie strzec w swoim zamku, który zowie się Roccasecca. Tymczasem, gdy to się działo, bracia kaznodzieje wnieśli przed papieżem Innocentym bardzo surową skargę, iż zostali obrabowani z tak wielkiego skarbu, przy milczącym przyzwoleniu cesarza Fryderyka. Ojciec Święty zaś zaniepokoił się tym, że dopuszczono się tak wielkiego występku, gdy on sam przebywał w owych stronach. I wysławszy posłańców do cesarza, nakazał, aby ten wymierzył porywaczom należytą sprawiedliwość. Cesarz nie zwlekał z wypełnieniem tego nakazu, lecz posławszy żołnierzy, kazał pojmać braci świętego Tomasza, stawić ich przed swoim obliczem i oddać pod długotrwałą straż; posłał także do braci dominikanów wiadomość, że jeśli chcą domagać się od nich sprawiedliwości, mogą śmiało do niego przybyć. Bracia jednak, lękając się wywierać pomstę na tak możnych mężach i mając nadzieję na odzyskanie nienaruszonego skarbu – Tomasza, nie kontynuowali dalej tej sprawy w sądzie.
VI.
Tak więc jego bracia, przybywszy do wspomnianego zamku i widząc godną podziwu wytrwałość chłopca – jako że wciąż nie zdejmował habitu – pomyśleli przebiegle, jak odmienić jego postanowienie. Posłali do niego siostry, aby mu towarzyszyły i pochlebstwami odmieniły serce młodzieńca. On jednak to je przekonał na swoją stronę, nauczając je Pisma Świętego, a będąc tam uwięzionym, przeczytał całą Biblię. Mając do dyspozycji brewiarz do odmawiania oficjum, Biblię oraz Sentencje, tekst owych Sentencji powierzył swej pamięci; opracował także traktat o sofizmatach Arystotelesa i o tym wszystkim pouczał swe siostry. Przekonał zatem swą starszą siostrę do tego stopnia, że porzuciła ona świat i niemal natychmiast przeniosła się do klasztoru mniszek pod wezwaniem św. Marii w Kapui. Gdy w krótkim czasie osiągnęła tam szczyty życia zakonnego, została mianowana opatką. Bracia jego nie przestawali jednak gnębić go natarczywymi prośbami oraz groźbami. Lecz gdy on pozostawał niewzruszony, zdarli z niego habit i rozszarpali go, mniemając, że wstydem pokonają świętego młodzieńca. On zaś, pokrzepiony w Panu, przywdział z powrotem poszarpany habit i tak, jakby w owym habicie przyoblekł Chrystusa, owinął się tymi strzępami, które pozostały – zachowując w sercu nienaruszony habit.
VII.
W tym celu wprowadzili do świętego młodzieńca nierządnicę, ubraną w bezwstydne stroje, która wszelkimi sposobami napastowała go lubieżnymi spojrzeniami, słowami i dotykiem. On zaś, poczuwszy podniecenie ciała, zasmucony tymi podnietami, lecz umocniony duchową żarliwością, wyrwał z ognia płonącą żagiew, uderzył nią mocno ową bezwstydnicę, wypędził z komnaty i zamknął za nią drzwi. Następnie ową żagwią nakreślił w rogu komnaty znak krzyża, rzucił się na ziemię i modląc się ze łzami, rzekł: „Panie, skoro nie mogę zachować wstrzemięźliwości, jeśli Ty, Boże, mi jej nie dasz, błagam Twoje niewysłowione miłosierdzie, abyś raczył udzielić mi czystości umysłu i ciała, bym mógł Ci służyć czystym sercem i ciałem”. A gdy skończył modlitwę, zapadł w głęboki sen. I oto stanęli przy nim dwaj aniołowie, mówiąc, że jego modlitwa została wysłuchana. Pasem, który ze sobą przynieśli, przepasali go, mówiąc: „Przepasujemy cię pasem wieczystego dziewictwa, który odtąd nigdy nie zostanie rozwiązany; a to, czego nie można posiąść zasługą ludzkiej cnoty, zostaje ci dane z daru Bożej hojności”. Ścisnęli go zaś tak mocno, że aż krzyknął z bólu. Gdy ci, którzy byli w pobliżu, przebudzili się i przybiegli do jego komnaty, pytali, co mu się przydarzyło, że tak gwałtownie krzyknął. On jednak, strzegąc tajemnicy, nikomu nie chciał jej wyjawić. Lecz w godzinie śmierci, ku chwale Boga i zbudowaniu bliźniego, opowiedział to swemu towarzyszowi, bratu Reginaldowi, i dodał, że od tego czasu nie poczuł nawet najmniejszej podniety ciała. Dlatego też odtąd tak unikał widoku i rozmów z kobietami, iż zwykł wystrzegać się patrzenia na nie, chyba że zmusiła go do tego konieczność lub pożyteczna przyczyna.
VIII.
Widząc tedy stałość świętego młodzieńca i lękając się sprzeciwiać woli Bożej, matka pozwoliła, aby bracia dominikanie swobodniej do niego przychodzili i służyli mu duchową opieką, choć nadal trzymała go pod strażą. Wspomniany zaś brat Jan, przynosząc mu potajemnie tuniki i inne niezbędne części odzienia, dbał w miarę swych możliwości, aby Tomasz posiadał godny strój zakonny. W końcu, gdy pozostawał on w owym odosobnieniu przez niemal dwa lata, matka uznała za słuszne, by pozwolić mu odejść wolno. Widziała bowiem, że wypełnia się to, co o nim przepowiedziano – iż oto ma zostać odnowione wielkie światło Kościoła. Posłała więc po braci, aby go odebrali, gdy został spuszczony z okna na linie. Tak też się stało; bracia wyruszyli z nim do Neapolu, a tam uczeni mężowie stwierdzili, że w więzieniu poczynił on takie postępy, jak gdyby przebywał w studium generalnym. Bracia jednak, obawiając się, że jeśli tam pozostanie, może mu grozić niebezpieczeństwo – choć jego rodzeni bracia zaprzestali już prześladowań – wysłali go do Rzymu na kapitułę generalną, aby stamtąd skierowano go do jakiegoś studium generalnego. Wówczas magister Jan Teutończyk zabrał go ze sobą do Paryża, a stamtąd posłano go do Kolonii, gdzie wykładał wtedy najsławniejszy brat Albert Wielki. Słuchając go, brat Tomasz uradował się wielce, gdyż zawsze tego pragnął: aby znaleźć człowieka, który wyłożyłby mu głębię wiedzy. Wtedy to, przygotowując umysł do chłonięcia nauki, począł być gorliwy w studium, oddany modlitwie i zdumiewająco małomówny. Przez długi czas zachowywał się niemal jak niemy, nie ukazując swej mądrości żadnemu ze współuczniów, tak iż zwykli go oni nazywać „niemym wołem”. Albowiem i w szkołach Pitagorasa czy Hipokratesa zmuszano uczniów, by wiązali się przysięgą, iż przed upływem pięciu lat nie odważą się toczyć sporów o nauce. Z wyroku zaś Bożej Opatrzności stało się tak, że to właśnie podczas wykładu księgi O imionach Bożych otrzymał on pozwolenie na przemówienie i ujawnienie się – on, któremu Bóg miał pozwolić na objaśnienie doktryny o swoim Imieniu. Zdarzyło się bowiem, że wspomniany doktor Albert wykładał ową księgę Dionizego O imionach Bożych w sposób niezwykle subtelny, czego mąż boży, Tomasz, słuchał nader gorliwie i uważnie. Jeden zaś ze współuczniów, mniemając, iż Tomasz milczy z powodu ociężałości umysłu, ulitował się nad nim i zaoferował mu pomoc w powtórzeniu wykładu. Sługa Boży, pokornie przyjmując tę propozycję, podziękował mu, poddał się jego nauce i słuchał go z uwagą. Stało się jednak tak, że ów brat nie powtarzał lekcji poprawnie, ani nie nauczał zgodnie z tym, co przekazał magister Albert. Wtedy mąż boży, jakby otrzymawszy pozwolenie od Boga, przemówił: „Najdroższy bracie – rzekł – nie tak nauczał nasz mistrz, lecz wyłożył to do zrozumienia w inny sposób”. Na co tamten brat zapytał: „A jakże? Wyjaśnij to, proszę, jeśli lepiej zapisałeś to w pamięci”. Wówczas Tomasz, pouczony przez Ducha Świętego, począł wykładać rzecz subtelniej i jaśniej, niż uczynił to mistrz. Ów uczeń, oszołomiony i podziwiający wiedzę męża Bożego, uznał, że byłoby niegodziwością, gdyby przez milczenie Tomasza jego mądrość miała pozostać ukryta. Opowiedział więc magistrowi studentów o tym, co się wydarzyło. Ten zaś, nie dając wiary i chcąc upewnić się na własne uszy, ukrył się za ścianą i osobiście przekonał się o prawdziwości tych słów. Toteż nie posiadając się z radości, udał się do magistra Alberta i rzekł: „Przynoszę wam niezwykłe nowiny! Oto ten, którego nazywamy niemym wołem, słyszałem go, jak najjaśniej wyłuszczał wykład o imionach Bożych”. Magister zaś wielce się ucieszył, usłyszawszy to. Zdarzyło się potem, że magister Albert rozstrzygał pewną trudną kwestię, którą mąż boży Tomasz, zachowawszy w pamięci, spisał na karcie. Gdy zaś wychodził z celi, karta owa – bez jego wiedzy – upadła na ziemię przy samych drzwiach. Jego towarzysz, ujrzawszy ją, podniósł, przeczytał i zdumiał się, iż Tomasz wyłożył sprawę na piśmie zwięźlej, subtelniej i z przytoczeniem skuteczniejszych przeciwnych argumentów. Zaniósł więc znalezioną kartę magistrowi. Ten, przyjrzawszy się jej, ocenił ją bardzo wysoko i polecił magistrowi studentów, aby wyznaczył Tomaszowi trudną kwestię do obrony. On zaś z pokory odmawiał, nie mając o sobie wysokiego mniemania. W końcu jednak, jako prawdziwie posłuszny, przygotował się do odpowiedzi bez zwłoki. W dniu dysputy na przedłożoną kwestię oraz na argumenty odpowiedział poprzez przepiękną, potrójną dystynkcję tak jasno i wyczerpująco, iż nie trzeba było już żadnego innego rozstrzygnięcia. Z tego powodu brat Albert rzekł: „Synu, ty nie zajmujesz miejsca odpowiadającego, lecz rozstrzygającego”. Na co Tomasz odrzekł z całą czcią: „Mistrzu, nie widzę, jak mógłbym inaczej na tę kwestię odpowiedzieć”. Wtedy magister rzekł: „Zatem odpowiedz na kwestię przez swoją dystynkcję”; i przedstawił mu cztery argumenty tak trudne, iż sądził, że całkowicie go nimi osaczył. Gdy brat Tomasz na owe argumenty odpowiedział w pełni wyczerpująco, podaje się, iż magister Albert rzekł w duchu proroczym: „Nazywamy go niemym wołem, lecz wyda on jeszcze w swej nauce taki ryk, że usłyszy go cały świat”. Wypełniło się to w zupełności, jak dziś dla wszystkich jest aż nadto jasne. Od tego czasu Albert powierzał mu wszystkie trudne zadania akademickie. Z ich powodu Tomasz nigdy nie wyniósł się w pychę, lecz nie porzucił prostoty, której trzymał się wcześniej. Po tym wydarzeniu, gdy magister Albert wykładał Etykę wraz z kwestiami, brat Tomasz pilnie zbierał wykłady mistrza i spisywał je – dzieło to odznacza się wymownym stylem i głębią subtelności. Tak oto mógł czerpać ze źródła tak wielkiego doktora, który w wiedzy przewyższał wszystkich ludzi swego czasu.
IX.
Gdy zaś brat Tomasz czynił tak zdumiewające postępy w nauce i w życiu, na magistrze Albercie – z polecenia czcigodnego ojca, magistra Jana z Vercelli – spoczął obowiązek, aby zapewnić studium paryskiemu odpowiedniego wykładowcę. Przewidując szybki postęp w nauce wspomnianego swojego ucznia, Albert przekonał listownie rzeczonego generała zakonu, by to brata Tomasza ustanowił bakalaureatem we wspomnianym studium, opisując jego biegłość tak w wiedzy, jak i w cnocie. Ponieważ jednak generał nie od razu uznał to za stosowne – jako że przymioty Tomasza nie były mu jeszcze osobiście znane – uczynił to dopiero za namową brata Hugona, pierwszego kardynała tegoż zakonu, którego o osobie Tomasza powiadomiono listownie. Wyznaczył go więc, nakazując mu, aby niezwłocznie udał się do Paryża i przygotował do wykładania Sentencji. Tomasz zaś, który z pokory zawsze miał o sobie skromne mniemanie, chciał odmówić owemu wyniesieniu, gdyby nie musiał być posłusznym listom generała zakonu. Zostawszy zatem bakalaureatem, gdy zaczął wykładać i obficie wylewać to, co dotąd postanowił zachowywać w milczeniu, Bóg wlał w niego tak wielką wiedzę, a na jego wargi spłynęła z Bożego natchnienia taka łaska nauczania, iż zdawał się przewyższać wszystkich, nawet mistrzów. Jasnością swej doktryny bardziej niż inni pobudzał studentów świeckich do umiłowania nauki; stawiał bowiem nowe zagadnienia, znajdował nowy i przejrzysty sposób rozstrzygania, oraz przytaczał w owych rozstrzygnięciach nowe dowody. Nie wahał się nauczać i spisywać nowych opinii, które Bóg raczył mu na nowo objawić. Dlatego też wtedy, u progu swej drogi nauczycielskiej, napisał komentarz do Czterech ksiąg sentencji – dzieło wymowne w stylu i głębokie w subtelności, przystępne dla rozumu i wzbogacone nowymi zagadnieniami. Posługiwał się przy tym naukami ludzkimi jak służebnicami, a wywody filozofów wprzęgał w służbę wiary, odbierając je im niczym niesłusznie zagarniętą własność.
X.
Po owocnym ukończeniu toku studiów, gdy nadszedł czas, w którym bakalarze teologii mieli zostać przedstawieni kanclerzowi, kanclerz nakazał przeorowi braci kaznodziejów w Paryżu, aby ten ze swojej strony nakazał bratu Tomaszowi bez wahania przygotować się do przyjęcia magisterium teologii – mimo panującego zwyczaju, według którego inni powinni byli otrzymać pierwszeństwo przed nim. Tomasz, pokornie wymawiając się brakiem wiedzy oraz wiekiem (miał bowiem wtedy dopiero około trzydziestu lat), ugiął się pod nakazem przełożonych; tak oto przez pokorę i posłuszeństwo zyskał obfite zasługi. Przyjmując pokornie nałożony ciężar, udał się do miejsca modlitwy i leżąc krzyżem, ze łzami błagał Boga, aby raczył wlać w niego łaskę i wiedzę do godnego przyjęcia i sprawowania urzędu nauczycielskiego. Zaczynając psalm: „Ratuj, Panie, bo nie ma pobożnych, bo zabrakło wierności wśród synów ludzkich”, długo trwał na modlitwie ze łzami w oczach. I oto zjawił się pewien czcigodny starzec z tego samego zakonu, mówiąc do niego: — Bracie Tomaszu, dlaczego tak ze łzami błagasz Boga? Odpowiedział: — Bo nałożono na mnie ciężar magisterium, do którego moja wiedza nie wystarcza, i nie przychodzi mi do głowy, co miałbym wygłosić na mój wykład inauguracyjny. Na co tamten rzekł: — Zostałeś wysłuchany. Nie lękaj się, przyjmij ciężar magisterium, gdyż Bóg jest z tobą. A na swój wykład inauguracyjny nie podawaj niczego innego, jak tylko to: „Nawadniasz góry ze swoich wysokości, owocem Twoich dzieł syci się ziemia” (Ps 104, 13). Powiedziawszy to, zniknął. Słowa te stały się nie tylko tematem jego wykładu inauguracyjnego, lecz wskazały na doskonałość całego jego studium. Albowiem z tego, co zaczerpnął z gór Bożej kontemplacji, nasycił cały Kościół – niczym rolę Bożego posiewu – licznymi deszczami mądrości. Nie ma bowiem nikogo, kto oddawszy się jego dziełom, nie zostałby nasycony owocami mądrości i wiedzy. Dzięki jego nauce każdy uczony staje się jeszcze bardziej uczony, jakby nawodniony niebiańskim deszczem; a ten, kto był mniej uczony, zostaje do syta nakarmiony niebiańskim pokarmem. Istotnie, jak deszcz z nieba spływa na dobrych i złych, a słońce wschodzi nad sprawiedliwymi i bezbożnymi, tak słowa jego doktryny nawadniają dobrych, by wydali owoc, a złych upominają, by się opamiętali i poznali drogę, którą powinni kroczyć. Blask rozlanego światła lśni dla sprawiedliwych, by się radowali, i nie jest odbierany niesprawiedliwym, aby – jeśli nie wzgardzą patrzeniem – odnaleźli właściwą drogę. Iluż to gorliwych uczniów nie nauczył! Jakichże zuchwalców nie zgromił! Jakich zbłąkanych nie wyprostował! Nauczał o sprawach Bożych w taki sposób, aby kwestie ludzkie omawiać o tyle, o ile było to pożyteczne dla zbawienia ludzi. Jako najmilszy klejnot i nadzieja wyczekujących, gdziekolwiek się zwrócił, wszystko pojmował z najwyższą mądrością. Tak też przeciwko przewrotności pogan napisał księgę składającą się z czterech ksiąg [Summa contra Gentiles], w której ukazał, co posiadł z własnego geniuszu, a co wyprosił modlitwami w zachwyceniu umysłu ku Bogu.
XI.
Po przyjęciu magisterium, gdy zaczął prowadzić dysputy i wykłady, tak wielka rzesza studentów przybywała na jego wykłady, iż sala wykładowa z trudnością mogła pomieścić tych, których przyciągała nauka tak wielkiego mistrza i których pobudzała ona do gorliwości w studiowaniu. Pod jego światłą nauką rozkwitło bardzo wielu mistrzów, tak zakonnych, jak i świeckich, a to z powodu jego sposobu nauczania – zwięzłego, jasnego i przystępnego. Ponieważ sposób ten był niezwykły, wierzy się, że został mu dany z Bożego natchnienia wraz z samą wiedzą. Wydawało się bowiem, że ten czcigodny doktor, wkroczywszy na pole nauk akademickich, zebrał kwiaty spośród cierni i że ma pełne ręce ułomków Pisma Świętego z owych apostolskich koszy, które Bóg nakazał apostołom zebrać, aby nie zginęły, i zachować dla przyszłych doktorów. On to z ogrodów świętych doktorów, pełnych ziarna wymłóconego ze żniw obu Testamentów, zebrał w swych księgach to, co najpożyteczniejsze. Żadna prawda Pisma nie pozostała przed nim zakryta, ani pisma jakiegokolwiek doktora nie były dlań niedostępnie zawikłane. Aby zaś wiedziano, jak wielki dar wiedzy krył się w sercu tego doktora, pozwolono mu z Bożego wyroku, by objawił go w swoich licznych pismach. I oprócz wielkich tomów, które stały się niczym fundamenty wiary chrześcijańskiej położone na świętych górach, a którymi starł dawne herezje – zniszczył on także za sprawą objawienia Ducha Świętego pewne nowe błędy, powstałe w jego czasach.
XII.
Najpierw zwalczył błąd Awerroesa, który twierdził, że we wszystkich ludziach jest jeden i ten sam intelekt. Błąd ten tak dalece wzrósł w umysłach prostaczków, że pewien rycerz w Paryżu, zapytany, czy chce przed śmiercią żałować za swe zbrodnie, odpowiedział: „Jeśli dusza świętego Piotra jest zbawiona, to i ja będę zbawiony. Skoro bowiem poznajemy jednym intelektem, to i u kresu życia czeka nas jeden wspólny los”. Błąd ten wyznawali powszechnie także studenci z dzielnicy Garlandia; przeciwko niemu Tomasz wydał podziwu godną księgę [O jedności intelektu], w której oprócz argumentów z wiary, także za pomocą twierdzeń Arystotelesa, wyrwał ów błąd wraz z korzeniami. Po wtóre, zwalczył błąd Wilhelma z Saint-Amour, Sygera i niektórych ich zwolenników, którzy twierdzili, że zakonnicy żebraczy, nie pracując własnymi rękami, nie mogą dostąpić zbawienia, oddając się wyłącznie kontemplacji naukowej. Podważali oni całkowicie doskonałość rad ewangelicznych i zasługę uczynków nadobowiązkowych, a czynili to jedynie pobudzani zawiścią, chcąc podkopać same fundamenty stanu ubóstwa. Gdy ich księga została przedłożona papieżowi Klemensowi IV, a przez niego przekazana ówczesnemu generałowi zakonu, by ten na nią odpowiedział, błogosławiony brat Tomasz, natchniony Bożym duchem i poleciwszy się modlitwom braci, przeczytał ją. Wezwawszy Ducha Świętego, który obnaża fałsz, wyjawiając to, co ukryte, skomponował dziełko zaczynające się od słów: „Oto nieprzyjaciele Twoi podnieśli wrzawę…” itd. Uczynił to tak szybko i w taki sposób, iż wydawało się, że nie stworzył go ludzkim geniuszem, lecz raczej przyjął je w duchu z prawicy Boga zasiadającego na tronie. Gdy w dziele tym całkowicie odparł wszelkie niegodziwe ataki wrogów, wspomniany Najwyższy Pasterz zatwierdził owo dziełko, zaś księgę przeciwników potępił jako bezbożną, jej autorów wraz ze wspólnikami usunął z katedr nauczycielskich i wygnawszy ze studium paryskiego, pozbawił wszelkiej godności. A ponieważ godziło się, by dla niezwyciężonego szermierza Kościoła powstał jakiś przywilej ku pożytkowi nauk akademickich i zachęcie do studiów, za sprawą owego świetnego triumfu zwycięstwa, przy poparciu znamienitego króla Francji, świętego Ludwika, zakon kaznodziejski zasłużył na posiadanie w Paryżu dwóch katedr teologii świętej, aby z tego samego miejsca płynęła cześć dla zakonu, w którym wspomniany doktor Kościoła zwyciężył w dyspucie akademickiej nieprzyjaciół wiary. Po trzecie, zwalczył błąd dawny, lecz na nowo się odradzający, tych, którzy nazywają się „braciszkami od ubogiego życia” (fraticelles). Pod tą sofistyczną nazwą pokory uwodzą oni serca prostych ludzi, których – gdy już ich schwytają – zarażają heretycką przewrotnością. Twierdzą oni, że pod jedną głową, Chrystusem, istnieją dwa kościoły: jeden „cielesny”, nad którym przewodzi papież rzymski i którym rządzą podlegli mu prałaci, i ten Kościół – złączony z Chrystusem w Duchu Świętym – bluźnierczo odrzucają swymi rzekomo pobożnymi ustami, zmyślając na jego miejsce inny kościół „duchowy”, którego wynalazcami i wyznawcami sami się mienią. Mówiąc, że są prowadzeni duchem wolności, w rzeczywistości staczają się pod wpływem tegoż ducha w każdą niewolę heretyckiej niegodziwości, niszcząc Nowy Testament i głosząc „trzeci stan świata”. Tomasz w swoich pismach w różnych miejscach starł ich błąd, wykazując, że po Ewangelii Chrystusa i po Nowym Testamencie nie ma nastąpić żaden inny stan Kościoła, lecz ten obecny ma trwać aż do skończenia świata. Dlatego też w pewnym klasztorze poprosił o księgę opata Joachima, z której wywiedli oni swój błąd, i przeczytawszy przedłożone mu dzieło, tam gdzie znalazł coś błędnego lub podejrzanego, potępił to, kreśląc pod tekstem linię. Przeciwko temu błędowi najświętszy ojciec, papież Jan XXII, wydał podziwu godny dekretał. Po czwarte, zwalczył ów dawny błąd schizmatyków greckich, błądzących w wielu sprawach, a zwłaszcza w tym, że odmawiają posłuszeństwa papieżowi rzymskiemu. Przeciwko nim, z polecenia papieża Urbana, wydał specjalną księgę [Przeciw błędom Greków], w której przekonuje ich, posługując się cytatami z samych doktorów greckich. Starł on także wszelkie inne błędy, jakie mogłyby się pojawić, nauczając i spisując prawdy im przeciwne.
XIII.
A ponieważ często się zdarza, że gdy rozum w górze kontempluje rzeczy subtelne, uczucie na dole słabnie w pobożności, dlatego każdego dnia Tomasz polecał czytać sobie jedno czytanie z Konferencji Ojców. Zapytany o to, dlaczego niekiedy porzucał rozważania, odpowiedział: „Ja w tym czytaniu zbieram pobożność, dzięki której łatwiej wznoszę się ku rozważaniom”; naśladując w tym przykład błogosławionego Dominika, który z rzeczonej księgi, gdy ją czytał, osiągnął wielki szczyt doskonałości. Stąd też wielcy doktorzy wierzą, że nie posiadał on mniej chwały w niebie od innych, skoro pod względem świętości życia nikt nie przewyższał go w nauce; co też zostało ukazane w jasnym widzeniu bratu Albertowi z Brescii – słynącemu z cudów za życia i po śmierci – gdy ten, czuwając i modląc się, zdumiewał się, jak Tomasz mógł w tak krótkim czasie, w którym żył, dojść do tak wielkiej wiedzy i świętości. Albowiem gdy w tej zadziwiającej sprawie częściej ze łzami przed ołtarzem Dziewicy błagał Boga, Błogosławioną Dziewicę i świętego Augustyna, aby ukazali mu chwałę błogosławionego Tomasza, ukazały mu się dwie czcigodne postaci w przedziwnym blasku i stroju. Jedna z nich niosła mitrę na głowie, druga zaś była w habicie Zakonu Kaznodziejów i miała na głowie złotą koronę wysadzaną drogimi kamieniami, wokół szyi dwie aureole: srebrną i złotą, a na piersi wielki drogocenny kamień, który oświecał kościół. Nosił zaś kapę całą wysadzaną drogimi kamieniami oraz tunikę i szkaplerz o śnieżnej białości. Brat Albert, zdumiony tym niezwykłym widzeniem, rzucił się im do stóp, prosząc, aby wyjawili mu, kim są ci, którzy ukazali mu się tak wspaniali. Wtedy ten, który niósł mitrę, odpowiedział: „Dlaczego, bracie Albercie, tak się dziwisz? Twoje prośby zostały wysłuchane. Oto teraz objawiam ci, że jestem Augustynem, doktorem Kościoła, posłanym do ciebie, aby wyjawić ci naukę i chwałę brata Tomasza z Akwinu, który jest ze mną. Jest on bowiem moim synem, który we wszystkim naśladował naukę apostolską i moją. Kościół Boży zostaje oświecony jego nauką, co oznaczają drogie kamienie, a zwłaszcza ten, który nosi na piersi – on wskazuje na prawą intencję, jaką miał on przy obronie wiary i którą ukazał w jej wyjaśnianiu. Inne zaś drogie kamienie to jego księgi i dzieła, które napisał. Jesteśmy mu równi w chwale, choć przewyższam Tomasza godnością biskupią, on zaś przewyższa mnie aureolą dziewictwa”. Widzenie to wspomniany brat Albert, podziwiając je, poczuł się zmuszony wyjawić, jako że często słyszano, jak zapewniał, że brat Tomasz jest wielkim świętym w ojczyźnie niebieskiej, i głosił to publicznie; nikt bowiem nie może wątpić o chwale tak wielkiego doktora, o którego życiu istnieją tak pewne świadectwa.
XIV.
Przez Tomasza raczył Bóg rozproszyć ciemności i ślepotę żydowskiego mroku. Oto bowiem w zamku Mollaria kardynała Ryszarda (Riccardo Annibaldi), położonym niedaleko Rzymu, gdy w święto Narodzenia Pańskiego Tomasz przebywał u wspomnianego kardynała, przybyło do niego dwóch znamienitych Żydów, uczonych i bogatych, jak to mieli w zwyczaju czynić każdego roku. Rzeczony kardynał poprosił brata Tomasza, aby podjął z nimi rozmowę w sprawie ich nawrócenia. Gdy przez dłuższy czas rozprawiał z nimi o Starym Prawie i dowiódł im przyjścia Zbawiciela na podstawie słów licznych proroków, wyznaczył im termin, aby nazajutrz dali odpowiedź w sprawie swojego nawrócenia oraz tego, co im przedłożył. O ich nawrócenie pobożny doktor modlił się i prosił Syna Bożego, aby raczył mu je wyjednać w radości swojego Narodzenia. I oto nazajutrz Żydzi przychodzą do wspomnianego doktora, a ujrzawszy go, natchnieni Duchem Świętym, nawracają się, wyznając, że nie mogą odpowiedzieć inaczej Duchowi, który w nim przemawiał, i mądrości, jak tylko uznając to, do czego ich przekonał. I nastała wielka radość tak ze święta Narodzenia Pańskiego, jak i z dobrodziejstwa ich nawrócenia.
XV.
Mając mówić o jego cnotach, zacznijmy od jego pokory. Podaje się, że on sam w swej czystości powiedział: „Dziękuję Bogu, gdyż nigdy z powodu mojej wiedzy, katedry mistrzowskiej ani żadnego aktu szkolnego nie doznałem poruszenia próżnej chwały, które wyniosłoby moją duszę z siedziby pokory. A jeśli nawet doznałem pierwszego odruchu wyprzedzającego rozum, to tłumiłem go nadchodzącym sądem rozumu”. Był bowiem świadom, że wiedzę ma od Boga, który jej udzielił; dlatego w jego duszy nie mogło zagościć szkodliwe poruszenie próżnej chwały, jako że wiedział, iż każdego dnia spływa nań wpływ Bożej mocy. Dowód tej pokory jawił się wyraźnie w jego obcowaniu z ludźmi, w którym był tak przystępny i łagodny w mowie, iż prawdziwie ukazywał, że postępuje ukształtowany na wzór Chrystusa, którego życie poznał i nauczał przez kontemplację i głoszenie. Pewnego razu, gdy przebywał przejazdem w konwencie bolońskim i swoim zwyczajem przechadzał się po krużgankach pogrążony w kontemplacji, pewien brat z innego konwentu – który go nie znał – otrzymawszy pozwolenie, by udać się do miasta w swoich sprawach z pierwszym bratem, którego napotka, znalazł go i rzekł: „Bracie, przeor nakazuje, abyś poszedł ze mną”. Ten natychmiast skłonił głowę i poszedł za nim. A gdy nie mógł iść tak pośpiesznie jak tamten, często karcony przez towarzysza, pokornie się usprawiedliwiał. Mieszczanie zaś, którzy go znali, dziwili się, że tak wielki doktor kroczy za bratem pośledniejszego stanu, choć sam godzien był iść przodem. Myśląc, że stało się to przez jakąś pomyłkę, wskazali owemu bratu, kogo prowadzi. Ten, zwróciwszy się do brata Tomasza, prosił o wybaczenie jego niewiedzy. Gdy zaś mieszczanie z uszanowaniem zwrócili się do niego, pytając o przykład tak wielkiej pokory, odpowiedział, że w posłuszeństwie doskonali się całe życie zakonne, gdyż człowiek poddaje się człowiekowi ze względu na Boga, tak jak Bóg był posłuszny człowiekowi ze względu na ludzi. Gdy pewien licencjat w Paryżu, podczas egzaminacyjnych nieszporów, podtrzymywał opinię przeciwną prawdzie, którą brat Tomasz rozstrzygnął wcześniej w szkołach, Tomasz, choć mu się sprzeciwiono, nie uważając, by w czymkolwiek mu to uchybiło, spokojny i cichy powrócił z braćmi do konwentu. Studenci zaś i jego towarzysz, czując się ciężko obrażeni w jego osobie, mówili mu, że nie powinien był ścierpieć zniewagi wyrządzonej prawdzie wobec wszystkich mistrzów paryskich. Odpowiedział im: „Wydawało mi się, że należy oszczędzić nowemu mistrzowi u progu jego działalności, aby nie został zawstydzony. O moją naukę wcale się nie martwię, tak mocno jest ona utwierdzona autorytetami i racjami prawdy”. Nazajutrz zaś, gdy wszyscy zebrali się w auli biskupiej i te same opinie zostały przez tegoż licencjata w całości powtórzone, brat Tomasz z wielkim umiarem rzekł: „Mistrzu, ta wasza opinia jest przeciwna takiemu to soborowi”. Wtedy ów zaczął mówić inaczej, lecz w istocie opinii nie zmienił; Tomasz zaś, argumentując przeciw niemu ponownie i przytaczając postanowienia soboru, zmusił go do wyznania błędu i pokornej prośby do tegoż doktora o pełniejsze poznanie prawdy. Wtedy on rzekł: „Teraz dobrze mówicie” – i wyłożył mu pełniej prawdę. Wszyscy mistrzowie podziwiali ten spokój umysłu i słowa, gdyż tak zbijał argumenty przeciwnika, jak gdyby nauczał ucznia.
XVI.
O czystości jego ciała świadczy wspomniane wyżej widzenie anielskie [opasanie pasem czystości], świadectwo jego spowiedników – a zwłaszcza brata Reginalda, o czym niżej ukaże się jaśniej – oraz sam sposób i obyczaj jego życia. Tak bowiem był oddany kontemplacji rzeczy boskich, że w żaden sposób nie mógł być zajęty działaniami im przeciwnymi; albo się modlił, albo rozmyślał, albo czytał, albo głosił kazania, albo pisał. Również jego modlitwa była ponad miarę żarliwa, przez co tak swobodnie wznosił się ku Bogu, jak gdyby nie ciążył mu żaden opór ciała; ciało to nawykło bowiem, by nigdy nie wzbudzać poruszenia przeciwnego rozumowi, gdyż poddał on swe ciało panowaniu rozumu. Był zaś szczególnie oddany Najświętszemu Sakramentowi Ołtarza, o którym – ponieważ dane mu było pisać głębiej niż innym – dane mu było też pobożniej celebrować. Codziennie bowiem odprawiał jedną Mszę, jeśli nie przeszkodziła mu choroba, i słuchał drugiej – odprawianej przez towarzysza lub kogoś innego – do której też bardzo często służył. Miał zaś zwyczaj często wpadać podczas Mszy w tak wielkie uczucie pobożności, że cały zalewał się łzami, pochłonięty świętymi obrzędami tak wielkiego Sakramentu i posilony jego darami. Stąd też, gdy raz w konwencie neapolitańskim w Niedzielę Męki Pańskiej odprawiał pobożnie Mszę w obecności wielu rycerzy, w trakcie sprawowania świętego misterium nagle wydał się tak pochłonięty przez wzniosłość Sakramentu, jak gdyby widziano go dopuszczonym do uczestnictwa w boskich tajemnicach i współczującym mękom Chrystusa-Człowieka; na co zdawało się wskazywać długotrwałe oderwanie umysłu i obfite wylewanie łez. Gdy tak trwał przez dłuższą chwilę, zdumieni bracia podeszli i dotykając go, budzili, aby dokończył święte obrzędy. Po Mszy niektórzy bracia i zaprzyjaźnieni rycerze prosili go, aby raczył im wyjawić, co mu się przydarzyło w tym zachwyceniu. On jednak odmówił odpowiedzi. Widziano go także często, gdy podczas Wielkiego Postu śpiewano podczas komplety werset: „Nie odrzucaj nas w czasie starości” i dalsze, jak niemal porwany i pochłonięty, zalewał się wieloma łzami, które zdawał się wywodzić z oczu swej pobożnej duszy. Ponadto w porze nocnej, po krótkim śnie, przebywał w swojej celi lub w kościele, do którego nocą miał dostęp, w miejscu wybranym przez siebie do modlitwy; leżał tam krzyżem, zasługując na to, by przez modlitwę nauczyć się tego, co po modlitwie należało napisać lub podyktować. Tak bowiem rozdzielił czas swego życia, że poza tą niewielką chwilą, którą pobieżnie poświęcał na sen lub posiłek dla zdrowia ciała, resztę spędzał na modlitwie, czytaniu, kaznodziejstwie, rozmyślaniu oraz pisaniu lub dyktowaniu kwestii naukowych. Tak więc żaden czas jego życia nie był pusty, lecz wypełniony świętymi czynami. Nawet jeśli czasem, dla pocieszenia braci lub innych szanownych osób, zmuszony był przerwać naukę i usiąść w rozmównicy, to i ta krótka godzina nie była wolna od pożytku. Po załatwieniu bowiem przedłożonych spraw, wygłaszał krótko jakąś opowieść historyczną lub moralną dla zbudowania. Jeśli zaś zostawało jeszcze trochę czasu, zanim po zakończeniu rozmowy wróciłby do swojej celi, wstawał z miejsca i – nie zważając na tych, z którymi siedział, lecz zwrócony ku sprawom boskim – przechadzał się po krużganku lub ogrodzie, oddając się swoim zwykłym rozmyślaniom i spekulacjom. Tak znowu gotowy do modlitwy, jak gdyby nigdy nie opuścił miejsca modlitwy; zmieniał się jedynie przedmiot jego zaangażowania, gdyż dusza jego nie cieszyła się niczym innym, jak tylko owymi objawieniami, które uprosił sobie modlitwą.
XVII.
Choć pochodził z wybitnego rodu i mógł posiadać doczesne bogactwa, to jak nimi wzgardził, kiedy je posiadał, tak też nie szukał ich, gdy ich nie posiadał; lecz za przykładem Salomona nie prosił w modlitwie o nic innego, jak tylko o mądrość, którą ukochał. Stąd też z całą pewnością wierzy się, że dzięki zasłudze swej żarliwej modlitwy otrzymał od Boga to, czego nauczał, co napisał i co podyktował. Albowiem brat Reginald po jego śmierci, gdy powrócił do Neapolu i wznowił wykłady, które przerwał, będąc tam lektorem, rzekł z wielkim płaczem: „Bracia, mój mistrz za życia zakazał mi wyjawiać te cudowne rzeczy, które u niego widziałem”. Wśród nich było i to, że swą wiedzę zdobył on nie ludzkim talentem, lecz dzięki zasłudze modlitwy; ilekroć bowiem chciał studiować, dysputować, czytać, pisać lub dyktować, najpierw udawał się na modlitwę w odosobnieniu i zalany łzami błagał o odnalezienie w prawdzie Bożych tajemnic. Dzięki tej modlitwie, choć przed nią przystępował pełen wątpliwości, powracał potem w pełni pouczony. Gdy zaś pojawiała się jakaś wątpliwość, zanim jeszcze uciekł się do pomocy modlitwy, udawał się na modlitwę i to, co było dlań wątpliwe, dzięki Bożemu cudowi odnajdywał rozstrzygniętym. Kiedy więc pisał o Izajaszu i badał jego głębokie tajemnice, dotarł do pewnego tekstu, którego nie rozumiał i nie mógł pojąć sensu, który by go zadowolił. Poszcząc przez wiele dni i umartwiając się modlitwami, pewnej nocy wspomniany jego towarzysz usłyszał go rozmawiającego – nie wiedząc z kim – słysząc wprawdzie dźwięk mowy, lecz nie pojmując treści. Gdy rozmowa dobiegła końca, doktor rzekł do niego: „Bracie Reginaldzie, wstań, zapal świecę, weź zeszyt, w którym pisałeś o Izajaszu, i przygotuj się ponownie do pisania”. A gdy on pisał przez dłuższą chwilę, doktor dyktował z taką łatwością, jak gdyby czytał z księgi. Po pewnym czasie rzekł mu: „Idź, synu, odpocząć, bo zostało jeszcze wiele czasu na spoczynek”. On zaś, pragnąc gorąco poznać tajemnicę, upadł z płaczem do stóp mistrza na kolana i rzekł: „Nie wstanę stąd, póki mi nie powiesz, z kim rozmawiałeś”. I zaczął go usilnie zaklinać na imię Pana, choć ten wielokrotnie się opierał i mówił: „Nie trzeba ci, synu, tego wiedzieć”. W końcu, by nie zdawało się, że lekceważy imię Pańskie, rzekł płacząc: „Synu, widziałeś w tych dniach moje strapienie z powodu tej wątpliwości, którą właśnie wyjaśniłem, a o której poznanie prosiłem Boga z wieloma łzami. On zaś, zlitowawszy się nade mną, posłał do mnie świętych apostołów Piotra i Pawła, przez których Go błagałem, a oni nauczyli mnie wszystkiego najdokładniej. Lecz w imię Boże nakazuję ci, abyś za mojego życia nie ważył się tego wyjawić”. Będąc już u kresu życia, wyjawił temuż bratu Reginaldowi, że ukazała mu się chwalebna Dziewica, Matka Pana, i pocieszyła go co do jego życia i nauki; i cokolwiek za Jej pośrednictwem rozważnie prosił Boga, to otrzymał, a także wybłagał to, by nie zmieniał swego stanu zakonnego, o co często prosił w modlitwie. Wierzy się, że Ona uprosiła dla Tomasza u swojego Syna ową wyjątkową wiedzę, o którą prosił wraz z lilią czystości – którą, tak jak złożył Bogu nieskalaną, tak też zachował. Tenże również, gdy był w Salerno w konwencie braci, został dostrzeżony przed ołtarzem głównym na modlitwie po jutrzni przez wspomnianego towarzysza i brata Jakuba, którzy obserwowali go dla zbudowania; był uniesiony dwa łokcie nad ziemią, jak gdyby – jeśli wolno tak rzec – otrzymał już zadatek przyszłej zwinności ciała lub czegoś podobnego, dzięki czemu trwał bez ciężaru, jakby we własnej lekkości.
XVIII.
Brat Jakub z Caserty, zakrystian – mąż oddany modlitwie, gorliwy w działaniu i wypróbowany w cnocie, który już wcześniej miewał na jawie przedziwne widzenia – zauważył, że błogosławiony Tomasz zawsze przed jutrznią schodzi ze swej celi do kościoła, a po uderzeniu w dzwon wraca pośpiesznie, by nie zostać dostrzeżonym przez innych. Pewnego razu postanowił więc zaobserwować go z większą uwagą. Podszedłszy od tyłu do kaplicy św. Mikołaja, gdzie Tomasz trwał niewzruszenie na modlitwie, ujrzał go uniesionego w powietrzu na około dwa łokcie. Gdy Jakub trwał długo w wielkim zdumieniu, nagle usłyszał z miejsca, ku któremu zwrócony był ze łzami rzeczony doktor, głos wychodzący z wizerunku Ukrzyżowanego: „Tomaszu, dobrze o Mnie napisałeś. Jakiej więc nagrody pragniesz za swój trud?”. Ten odpowiedział: „Panie, nic prócz Ciebie samego”. W tym czasie pisał on trzecią część Summy o męce i zmartwychwstaniu Chrystusa. Po owym zapisie niewiele już napisał z powodu rzeczy przedziwnych, które Bóg mu cudownie objawił. Był to bowiem najpewniejszy znak, że zaprzestał dzieła pisania, skoro sam Pan złożył mu już podziękowanie zamiast zapłaty.
XIX.
I choć w przedziwny sposób był on obcy sprawom światowym i doczesnym, jako że całkowicie oddawał się sprawom boskim, to gdy proszono go o radę w sprawach praktycznych, a on zwracał swój umysł ku temu, co należy czynić, i ku sprawom doczesnym doradzał tak wnikliwie i pożytecznie, jak gdyby ktoś szukał rady u samego Boga. Miał on bowiem przed oczyma owe zasady, według których wszystko, co dzieje się po ludzku, zostaje rozstrzygnięte przez Boga. Dlatego też mówi się o świętym Ludwiku, królu Francji, że zawsze w sprawach trudnych zasięgał jego rady, gdyż wielokrotnie doświadczył, iż jest ona pewna. Był on także przepełniony miłością i pobożnością, w duszy przedziwnie łagodny, w słowie wdzięczny, a w czynie szlachetny; tak iż ten, kto widział go w codziennym obcowaniu, w rysach jego twarzy mógł wyczytać świętość jego umysłu i pojąć mądrość, która w nim mieszkała, a z której ust płynęła taka słodycz. I choć on sam, będąc niewinnym, niezwykle surowo występował przeciw grzesznikom, to jednak z miłości do sprawiedliwości i dla zbawienia bliźniego tak doradzał sędziemu i przełożonemu, by powstając przeciw winie, sędzia z jego rady stał się jednocześnie prześladowcą występku i wyzwolicielem człowieka; tak aby w poddanym zginął grzech, lecz by człowiek wraz z grzechem nie przepadł. A choć z powodu własnej niewinności z trudnością wierzył, by człowiek mógł zgrzeszyć, to gdy już stało się jasne, że ktoś zgrzeszył z ułomności, tak opłakiwał cudze winy, jak własne. Z tej łaskawości miłości zdawało się rodzić w jego cielesnym wejrzeniu coś przedziwnego: nikt, kto przez jakiś czas z nim rozmawiał i przebywał, nie mógł nań patrzeć, by nie zaczerpnąć łaski duchowej pociechy. Dlatego brat Efrem z Salerno, cieszący się w całym Zakonie Kaznodziejów wielką opinią i sławą, mawiał: „Ilekroć patrzę na niego z uczuciem pobożności, tylekroć z jego widoku i mowy czerpię łaskę duchowego wesela i radości”. Działo się to za sprawą obecności Ducha Świętego, od którego pochodziła tak wielka łaska.
XX.
Był on również w zadziwiający sposób współczujący dla ubogich i miał w zwyczaju tak hojnie rozdawać potrzebującym ze swoich szat i majętności, w takim zakresie, w jakim bracia pozwalali mu na posiadanie czegokolwiek; nic nie zachowywał dla siebie z rzeczy zbytecznych, o których wiedział, że należy je oddawać dla zaspokojenia cudzych niedostatków. Do cnót tych zaś był usposobiony przez starożytną szlachetność swojego rodu. Jego matka oddana była żarliwej modlitwie, pobożności i wstrzemięźliwości; ona to, padając na ręce i kolana, nabawiła się na kolanach modzeli, którymi uderzała o ziemię przy wielokrotnych pokłonach. Nie zasłużyłaby ona na takiego syna, gdyby jej modlitwa nie była miła Bogu. Także jego siostra, pani Teodora, matka pana Tomasza z San Severino, hrabiego Marsico, była tak wielkiego miłosierdzia wobec innych, że cokolwiek mogła posiadać – poprzestając na skromnych potrzebach własnej osoby – rozdzielała w dziełach miłosierdzia. O niej samej zaś mówi się, że była dla siebie tak surowa, iż wielką część czasu nocnego, przeznaczonego na spoczynek, obracała sobie w udrękę, biczując się żelaznym łańcuchem w najcięższych pokutach. Była roztropna w sądzie, wspaniałomyślna w szafowaniu dobrami, dyskretna w przezorności i wyjątkowa we wszystkich cnotach, w których mogła się ćwiczyć. Jej ciało po śmierci, gdy zostało przeniesione w inne miejsce dla oddania mu czci, znaleziono nienaruszone; wydało ono piękną woń obecnym, co stało się pewnym świadectwem i dowodem jej świętości. Również jej wspomniany syn, promieniując owymi cnotami, okazał się godnym spadkobiercą owego świętego rodu. Także o jego braciach opowiada się wielkie rzeczy co do dzielności ich ciał, lecz jeszcze większe co do prawości ich dusz; oni to w obronie i z gorliwości o Matkę-Kościół wycierpieli wygnanie z rąk cesarza Fryderyka, a niektórzy z nich męki za swą wierność.
XXI.
Był zaś potężnej budowy ciała, postawy wysokiej i wyprostowanej, która odpowiadała prawości jego duszy. Cera jego była barwy pszenicznej, co wskazywało na zrównoważony temperament. Miał wielką głowę, jako że doskonałość cnót służących rozumowi wymaga doskonałych narządów ciała. Był nieco łysy, o ciele bardzo delikatnej natury, jak tego wymagała sprawność jego inteligencji; posiadał jednak męską siłę, gdy przychodziło mu ćwiczyć się w aktach jakiejkolwiek cnoty cielesnej. Nie lękał się niczego strasznego, ufając w Bożą pomoc. Gdy bowiem zmierzał do Paryża i na morzu dopadła go straszliwa nawałnica i burza, tak że nawet żeglarze lękali się śmierci, on sam przez cały czas trwania sztormu pozostał nieustraszony. Zdawało się, że Bóg przygotował mu szlachetne ciało i narzędzie, które posłusznie służyłoby aktom cnoty i nigdy nie sprzeciwiało się osądowi rozumu. W obliczu zaś grozy powietrznej, piorunów i burzy, wystawiając przed siebie – niczym tarczę – znak krzyża, mawiał: Bóg stał się ciałem, Bóg za nas umarł. Był zaś tak bystrego umysłu, że gdy brat Daniel z Augusty zapytał go, jaka była największa łaska, jaką Bóg mu wyświadczył (poza łaską darmo daną), Tomasz – choć bardzo chciał uniknąć odpowiedzi – rzekł przynaglającemu go bratu: „Wierzę, że zrozumiałem wszystko, co przeczytałem”. Mówi się także, iż mawiał niekiedy poufnie do studentów – nie z chęci zdobycia próżnej chwały, lecz dla głoszenia chwały i łaski Bożej – że nigdy nie czytał książki, której nie zrozumiałby w pełni. Subtelność jego geniuszu, ostrość inteligencji oraz szybkość wydawania ostatecznych sądów wystarczająco ukazuje mnóstwo ksiąg, które wydał, a także nowość prawd i twierdzeń, które odkrył. Sprawiają one, że mało kto, choćby i o wielkiej pilności w nauce, zdołałby przeczytać ze zrozumieniem księgi, które on sam potrafił w krótkim czasie zbadać i podyktować.
XXII.
Gdy z Bożego zrządzenia poddano w Paryżu jego pisma badaniu, co uczyniono za sprawą zazdrości niektórych osób, ojciec Idzi z zakonu eremitów [augustianów], który przez trzynaście lat był słuchaczem rzeczonego Doktora, rzekł, wyśmiewając nieudolność korektorów: „W tym podziwu godnym i świętej pamięci Doktorze oczywistym dowodem subtelności jego geniuszu i pewności sądu było to, że nowych opinii i uzasadnień, które zapisał jeszcze jako bakalaureat, poza nielicznymi wyjątkami, nigdy nie zmienił ani w nauczaniu, ani w piśmie. My zaś, współcześni, jako ludzie niepewnego i chwiejnego sądu, opinie, które niegdyś wyznawaliśmy, zmieniamy na przeciwne, gdy tylko zostaniemy przyparci marnym argumentem. Stąd też i ci, którzy badają jego pisma, nie rozumiejąc tego, co osądzają, trudzą się jedynie pod wpływem bodźca zazdrości; i lgną do światła niczym muchy, nie znając tego, co ganią – tak jakby sowy odważyły się sądzić o świetle. Ślepną oni od blasku, błądząc z dala od jego nieznanej im prawdy”. Tak oto wypełniło się słowo Psalmisty: „Oświecasz Ty przedziwnie z gór odwiecznych; zatrwożyli się wszyscy głupi w sercu”. Niechaj ten, kto zazdrości, zostanie pozbawiony poznania owego światła, którym święty jest pouczany. I tak stało się za sprawą Bożego cudu, że tam, gdzie świętemu Doktorowi chciano ująć czci, tam Bogu i Jego świętemu przydano chwały. Posiadał on tak wielką chłonność umysłu i siłę pamięci, że to, co raz pojął z lektury, zachowywał na zawsze. Tak bowiem miał powiedzieć Mistrzowi z Vercelli, gdy szukając tekstów soborowych, natychmiast znalazł to, czego potrzebował. Wybitnym tego dowodem jest przedziwne dzieło o czterech Ewangeliach, złożone z wypowiedzi świętych Ojców Kościoła na polecenie papieża Urbana. Wierzy się, że czytając księgi w różnych klasztorach, w większości tak je powierzył pamięci, jakby miał przed oczami te wszystkie wypowiedzi świętych, które wyczytał w księgach.
XXIII.
Był on również w podziwu godny sposób osobą pogardzającą dobrami doczesnymi, zarówno tymi niezbędnymi do życia, jak i godnościami. Raz bowiem powracał wraz ze swoimi studentami z Saint-Denis, dokąd udał się nawiedzić relikwie świętych i ujrzał z bliska miasto Paryż, rzekli do niego studenci: „Mistrzu, patrz, jakże piękne jest miasto Paryż. Czy chciałbyś być panem tego miasta?”. On zaś odpowiedział: „Chętniej chciałbym posiadać homilie św. Chryzostoma do Ewangelii św. Mateusza. Gdyby bowiem to miasto było moje, troska o rządy w nim odebrałaby mi kontemplację rzeczy Bożych i przeszkodziłaby w spokoju ducha”. Mimo że błogosławionej pamięci papież Klemens IV ofiarował mu liczne godności i uposażenia, on jednocześnie odrzucił zaszczyty i dochody – choć przecież wszyscy bliscy z jego rodu, z powodu prześladowań cesarza Fryderyka za sprawę Kościoła, przebywali na wygnaniu w Kampanii, a do wspomożenia ich mogło skłonić go naturalne przywiązanie rodzinne. Otrzymawszy zaś od tegoż papieża bullę dotyczącą wyniesienia go do godności arcybiskupa Neapolu wraz z przyznaniem dochodów z klasztoru św. Piotra ad Aram (San Pietro ad Aram w Neapolu), godność tę odrzucił i pokornie uprosił, aby go w przyszłości nie wynoszono na żadne inne urzędy.
XXIV.
Często bywał on także z powodu nadmiernej kontemplacji jakby oderwany od zmysłów. Gdy święty Ludwik, król Francji, zaprosił go raz do swego stołu, a on pokornie się wymawiał z powodu pisania Summy, którą wówczas dyktował, na naleganie króla i z polecenia przeora paryskiego przybył do króla z tą myślą, którą rozważał przebywając w celi. Siedząc obok króla u stołu, nagle uderzył w stół, mówiąc: „Oto znalazłem rozstrzygnięcie przeciwko herezji manichejczyków”. Przeor dotknął go i rzekł: „Zważcie, mistrzu, że jesteście teraz przy stole króla Francji”, i pociągnął go mocno za kapę, aby ocucić go z owego oderwania od zmysłów. On zaś, wracając do siebie, skłonił się przed świętym królem i poprosił go o wybaczenie. Król wielce się tym zdumiał i wezwawszy swego notariusza, nakazał, aby przy nim spisano ową myśl. Pewien kardynał, legat w królestwie, słysząc o nim wiele godnych podziwu rzeczy, przybył do niego. Gdy Tomasz, wezwany ze swej celi, pozostawał w swoim zamyśleniu, a tamten długo czekał na tak nieobecnego duchem, nagle Doktor powstał z radosnym obliczem i rzekł: „Oto mam to, czego szukałem”. Ponieważ nie okazał kardynałowi żadnego znaku uszanowania, ten zaczął nim gardzić. Powiedział mu wtedy biskup Kapui, który był jego uczniem: „Nie dziwcie się, panie, gdyż on często bywa tak pochłonięty”. I wtedy mocno pociągnął go za kapę. On zaś, wracając do siebie, jakby przebudził się ze snu, i spostrzegłszy, że znajduje się wśród tak wielkich dostojników, pokornie poprosił kardynała o przebaczenie. Zapytany, dlaczego w owym zamyśleniu okazał tak radosną twarz, odrzekł: „W pewnej kwestii, nad którą długo rozmyślałem, znalazłem teraz piękne rozwiązanie, a radość ducha objawiła się na zewnątrz przez moją wesołość, którą pokazałem”. Przebywając niegdyś w San Severino, zamku swej siostry, wraz ze wspomnianym towarzyszem i innymi braćmi, przez długi czas pozostawał w ekstazie i oderwaniu od zmysłów, czym zaniepokojona siostra pytała towarzysza, co się z nim dzieje. Ten odrzekł: „Często bywa porwany w duchu, gdy nad czymś rozmyśla, lecz nigdy przez tak długi czas jak teraz nie widziałem go tak nieobecnym”. Po chwili pociągnął go mocno za kapę i tak ocucił go jakby ze snu. On zaś, wzdychając, rzekł: „Synu, wyjawiam ci to w tajemnicy, zakazując, abyś za mojego życia komukolwiek to wyjawił. Nadszedł koniec mojego pisania, ponieważ ujrzałem takie rzeczy, że to, co napisałem i czego nauczałem, wydaje mi się błahe; i dlatego mam nadzieję w Bogu, że jak nadszedł kres mojego nauczania, tak wkrótce nadejdzie i kres mojego życia”. Albowiem jak Bóg Mojżeszowi, który przyniósł Żydom prawo sprawiedliwości, i Pawłowi, który głosił poganom prawo łaski, tak i temu znakomitemu Doktorowi objawił bardzo wiele rzeczy ponad ludzki rozum; on to z ręki Siedzącego na tronie przyjął zapisaną księgę i podał ją otwartą i wyjaśnioną całemu Kościołowi. Gdy bowiem kiedyś lekarze zalecili, aby na goleni wypalono mu ranę (zabieg kauteryzacji), rzekł do towarzysza: „Gdy przyjdzie ten, który ma przyłożyć ogień, daj mi wcześniej znać”. Kiedy to nastąpiło, przygotowując się na łożu, na którym miał być przypalany, i wyciągając goleń, został całkowicie uniesiony w zachwyceniu, tak iż nie poczuł przyłożenia ognia ani wypalania rany. Znakiem tego było to, że nie poruszył się na łożu, na którym wyciągnął nogę. Innym razem, gdy w swej celi dyktował pracę o Trójcy Świętej, wziąwszy do ręki świecę, rzekł do pisarza: „Cokolwiek we mnie ujrzysz, strzeż się, abyś mnie nie wołał”. I wtedy, pogrążony w kontemplacji, nie poczuł, gdy po godzinie świeca wypaliła się aż do palców; ogień przez dłuższy czas przylegał do palców Doktora, lecz on znosił go bez żadnego poruszenia, dopóki płomień sam nie zgasł. Podobnie rzecz się miała w Paryżu, ilekroć musiano upuścić mu krwi; zanim cyrulik przystąpił do nacięcia żyły, Tomasz zapewniał sobie stan oderwania od zmysłów poprzez kontemplację. Wtedy cyrulik bezpiecznie nacinając żyłę, nie mógł zakłócić myśli świętego Doktora, który trwał nieobecny dla zmysłów. Był on bowiem w przedziwny sposób wrażliwy na ból i dlatego nagłe uszkodzenie ciała zwykle go niepokoiło; stąd też z Bożego daru zostało mu dane, aby w takich chwilach nie odczuwał żadnego bólu. Nauczał zaś lud rzeczy pożytecznych, unikając wszelkiej próżnej ciekawości, tak w sposobie dzielenia wywodu, jak i w jego prowadzeniu. Lud słuchał go z taką czcią, jakby jego kazanie pochodziło od samego Boga. A to, co głosił ustami, wypełniał czynem. Dziwił się również wielce, jak niektórzy, a zwłaszcza zakonnicy, mogą rozmawiać o czymś innym niż o Bogu lub o tym, co służy zbawieniu dusz. Dlatego już od młodości miał zwyczaj, że gdy w rozmównicy lub podczas wspólnej rozmowy ci, z którymi przebywał, zaczynali mówić o rzeczach płonnych, natychmiast odchodził z tego miejsca, jakby nie dotyczyła go mowa, która nie byłaby o Bogu lub nie służyła zbudowaniu bliźniego. Tak bowiem siebie usposobił, aby albo on mówił z Bogiem, gdy trwał na modlitwie, albo Bóg mówił, pisał lub nauczał przez niego – tak by w samym sobie dopełniał niejako „kręgu niebios”: zaczynając ruch swego umysłu od siebie ku Bogu przez modlitwę, a od Boga ku bliźniemu przez nauczanie; i tak od nowa zaczynał ów krąg swego działania.
XXV.
Pewien brat zaczął z troskliwością umysłu i pobożnym uczuciem rozmyślać, w jaki sposób mógłby stosownie ułożyć pełną historię życia rzeczonego świętego. Modlił się w tej sprawie do Boga i błogosławionego Tomasza, aby wyjednał mu zdolność do pisania. Po modlitwie, ogarnięty snem około świtu, ujrzał we śnie przed sobą srebrną sieć, splecioną ze srebrnych łańcuszków, w której środku oprawione były z przedziwną różnorodnością drogocenne kamienie o rozmaitych barwach. On zaś, rozumiejąc, że w nich oznaczone jest życie i cnoty owego świętego, rozważał, którym cnotom mógłby przypisać owe kamienie, aby odpowiednio do siebie pasowały. Gdy się przebudził, kontynuował historię, którą zaczął pisać. Całe bowiem jego życie było – jak w owym objawieniu – srebrzyste, w obcowaniu nieskazitelne, w działaniu najczystsze, a w nauczaniu dźwięczne; przypominało zaś sieć, ponieważ życie z nauką we wszystkim pozostawało w zgodzie. Ujrzano w niej osadzonych tyle kamieni, ile w jego duszę wlanych zostało cnót. Zostało to wyobrażone w Pektorale sądu (Rationalis iudicii), w którym wprawionych było dwanaście drogocennych kamieni, a który najwyższy kapłan winien był nosić na piersiach i na którym wypisane były nauka i prawda Pisma – albowiem nauka Tomasza zajaśniała w prawdzie.
XXVI.
Gdy jego towarzysz cierpiał na ciągłą gorączkę, Tomasz przyszedł go odwiedzić i pocieszyć. Nakłoniwszy go do cierpliwości, poradził mu, aby powziął szczególne nabożeństwo do świętej Agnieszki i od niej spodziewał się odzyskania zdrowia. Wzywając jej zasług, relikwie wspomnianej świętej, które z pobożności nosił zawieszone na piersiach, położył z modlitwą na piersi chorego; ten zaś natychmiast stał się zdrowy i radosny, i usiadł na łóżku. Cud ten należy przypisać zasługom obojga świętych. W Paryżu zaś, gdy nazajutrz miał przed uniwersytetem rozstrzygnąć pewną kwestię, o którą wcześniej toczył spór, wstawszy w nocy do modlitwy, jak miał w zwyczaju, poczuł, że w jego ustach wyrósł jeden zbędny ząb, który stanowił niemałą przeszkodę w mówieniu. Gdy towarzysz o tym usłyszał, radził, aby nazajutrz powiedziano uniwersytetowi, że z powodu nagłej przeszkody nie może on dokonać rozstrzygnięcia i by usunięto ząb kleszczami. Doktor jednak, rozważając zgorszenie uniwersytetu oraz niebezpieczeństwo, jakie mogło grozić przy wyrywaniu zęba, rzekł do towarzysza: „Nie widzę innego ratunku, jak tylko powierzyć się Bożej Opatrzności”. Modląc się długo ze łzami w zwykłym miejscu, prosił o ratunek. Gdy modlił się usilniej, ów zbędny ząb bez żadnej gwałtowności czy bólu, pod lekkim dotknięciem jego ręki, został wyjęty, a on sam całkowicie uwolnił się od przeszkody w mówieniu. Ząb ten przez długi czas nosił przy sobie na pamiątkę dobrodziejstwa Bożej miłości. Gdy w Wielkim Tygodniu głosił w Rzymie, w kościele św. Piotra, kazanie o Męce Chrystusa i pobudził lud do łez, w Niedzielę Wielkanocną skłonił ich do radości i do współradowania się z chwalebną Dziewicą ze zmartwychwstania Syna, tak jak dzień wcześniej współcierpieli w Jego męce. Gdy po kazaniu schodził z ambony, pewna niewiasta, która przez długi czas cierpiała na krwotok i żadnym lekarstwem nie mogła doznać pomocy, dotknęła rąbka jego kapy i natychmiast została uzdrowiona. Idąc za nim aż do kościoła św. Sabiny, wyjawiła jego towarzyszowi, jakiego dobrodziejstwa dostąpiła. Gdy pewnego razu przebywał w Neapolu i leżał w swojej celi na łóżku, pod nieobecność brata Bonofiliusa z Neapolu, który mu usługiwał, mały chłopiec, rodzony brat owego sługi, który pozostał na straży celi, ujrzał przez okno lśniącą gwiazdę wielkości okna. Gwiazda ta weszła do środka i spoczęła nad jego głową na czas potrzebny na odmówienie jednego „Zdrowaś Maryja”, a po chwili, na oczach tegoż świadka, powróciła tam, skąd przybyła. Ów świadek, gdy stał się już starcem, zeznał to pod przysięgą przed inkwizytorami. Często też widziano demona w postaci Etiopczyka, który przychodził do jego celi, by go kusić, lecz Mistrz odpędzał go, stawiając znak krzyża i przepędzając go krzykiem.
XXVII.
Następnie, gdy wspomniany Doktor z nakazu papieża Grzegorza X udawał się na sobór powszechny do Lyonu i niósł ze sobą księgę, którą na zlecenie papieża Urbana napisał przeciwko błędom Greków, zdarzyło się, że przejeżdżając przez Kampanię, zatrzymał się osłabiony w zamku Maenza, który należał do pani Franciszki, jego siostrzenicy; tam całkowicie stracił apetyt. Zapytany przez mistrza Jana z Guidone z Piperno, czy pragnąłby jakiegoś pokarmu, odrzekł, że nie mógłby skosztować niczego innego, jak tylko śledzi, które jadał we Francji. Ów Jan zaniepokoił się, gdyż takiej ryby nie można było tam znaleźć; jednak na placu zamkowym spotkał kogoś niosącego w koszu świeże sardynki przywiezione z Terraciny. Gdy kazał je postawić na ziemi, znalazł pośród nich skrzynkę pełną śledzi. Zdziwił się tym wielce, gdyż nigdy tam takich ryb nie widziano, a sprzedawca twierdził, że zakupił jedynie sardynki. Z radością kazał zanieść owe ryby Mistrzowi. Ten zaś, dostrzegając w tym wielki cud, odmówił ich spożycia i rzekł do lekarza: „Lepiej będzie, jeśli powierzę się Bożej opatrzności, niżbym miał ośmielić się jeść te ryby, tak cudownie przez Boga dostarczone, a przeze mnie pożądane”. Ponieważ z ryb tych zjadło wielu innych, a lekarz o wszystkim opowiedział, cud ten stał się sławny w całym regionie. Gdy dzięki pewnym środkom Tomasz nieco odzyskał siły, tak iż zdawało mu się, że może kontynuować rozpoczętą podróż ku Rzymowi, na zaproszenie opata i mnichów z klasztoru Fossanova, z zakonu cystersów, przybył do rzeczonego klasztoru w godnym towarzystwie zgromadzonych i towarzyszących mu mnichów. Wszedłszy do kościoła i oddawszy należną cześć świętemu ołtarzowi, udał się do świętego klasztoru. Tam, gdy spoczęła na nim ręka Pańska, rzekł w obecności wielu swoich braci i mnichów: „Bracie Reginaldzie, to jest spoczynek mój na wieki wieków, tu będę mieszkał itd.”. Został umieszczony w komnacie opata, a jak wymagała tego potrzeba, jego towarzysze z miłością i pobożnością przygotowali mu posłanie. Gdy przez wiele dni leżał tam przygnieciony wzmagającą się chorobą, mnisi zaczęli mu służyć z tak wielką czcią i pokorą, że na własnych ramionach przynosili mu drwa z lasu. On zaś, pełen współczucia dla innych, mówił: „Skąd mi to, aby słudzy Boży służyli człowiekowi i z tak daleka nosili dla mnie ciężary!”. Choć był już niezwykle słaby, na prośbę niektórych mnichów, aby zostawił im na koniec jakąś pamiątkę swojej wiedzy, wyłożył im krótko Pieśń nad Pieśniami, kończąc swoje studia na pieśni o Oblubieńcu i Oblubienicy – on sam bowiem śpieszył już w objęcia Ukochanego.
XXVIII.
Następnie, słabnąc z nadmiernego wycieńczenia i przeczuwając swój koniec, z wielką pobożnością poprosił o najświętszy sakrament Ciała Chrystusa. Gdy opat i mnisi przynieśli mu go z czcią, on sam – choć słaby ciałem, lecz mocny duchem – padłszy na ziemię, ze łzami wyszedł na spotkanie swemu Panu. Kiedy podano mu Pański sakrament i zapytano go, zgodnie ze zwyczajem, czy wierzy, że ta konsekrowana hostia jest prawdziwym Synem Bożym, który wyszedł z łona Dziewicy itd., jasnym głosem i pobożnie, ze łzami w oczach rzekł: „Jeśli w tym życiu można posiadać wiedzę o tym sakramencie większą niż wiara, to w oparciu o nią odpowiadam, że prawdziwie wierzę i z całą pewnością wiem, iż On jest Bogiem prawdziwym i człowiekiem, Synem Boga Ojca i Dziewicy Matki; tak wierzę sercem i tak wyznaję ustami”. I wypowiedziawszy inne jeszcze nabożne słowa, przyjmując sakrament, rzekł: „Przyjmuję Ciebie, ceno odkupienia duszy mojej, dla którego miłości studiowałem, czuwałem i pracowałem; o Tobie nauczałem i Ciebie głosiłem. Nigdy nie powiedziałem niczego przeciwko Tobie, lecz jeśli powiedziałem coś błędnego, uczyniłem to nieświadomie. Nie upieram się przy własnym zdaniu, lecz jeśli powiedziałem coś mylnego o tym sakramencie lub o innych rzeczach, wszystko to pozostawiam ocenie świętego Kościoła Rzymskiego, w posłuszeństwie któremu schodzę teraz z tego świata”. Przy podniesieniu tego sakramentu zwykł także mówić z wielką pobożnością: „Tyś Królem chwały, o Chryste, Tyś Ojca Synem Przedwiecznym…” itd. aż do końca. Następnego dnia poprosił o sakrament ostatniego namaszczenia. Gdy odpowiedział na każdą z formuł świętego namaszczenia, po krótkiej chwili oddał ducha Bogu Ojcu roku tysiąc dwieście siedemdziesiątego czwartego, dnia siódmego marca o godzinie porannej; a odszedł z ciała z taką radością, że wydawało się, jakby w cudowny sposób już przebywał poza ciałem.
XXIX.
W godzinie jego przejścia pewien mnich z owego klasztoru, modląc się w kościele, zasnął. I oto ujrzał on gwiazdę o przedziwnym blasku spadającą nad klasztor, oraz dwie inne gwiazdy, które złączywszy się, zstąpiły ku niej i uniosły tę pierwszą ku niebiosom; zdawało się, że dorównuje ona owym dwóm gwiazdom blaskiem i wielkością. Przebudziwszy się ze snu, gdy usłyszał uderzenia w tablicę – znak śmierci tego, który właśnie odszedł – zrozumiał, że pierwsza gwiazda oznaczała jego duszę, która wraz z pozostałymi wstąpiła do nieba. Także pewna gwiazda na kształt komety była widziana nad klasztorem przez trzy dni przed jego śmiercią; choć nie wiedziano, co oznacza, gdy się pojawiała, to jej zniknięcie ukazało chwilę zgonu owego Doktora. Brat Paweł z Akwili, mąż wielkiej prawości i sławy, lektor i inkwizytor heretyków w Neapolu, ujrzał w wizji duchowej w chwili odejścia Tomasza, jak wspomniany Doktor wykładał w tamtejszej szkole przed liczną rzeszą uczniów, a święty Paweł wkraczał do jego sali w towarzystwie świętych. Gdy Doktor, schodząc z katedry, chciał wyjść mu naprzeciw, Apostoł dał mu znak, aby czytał dalej i kontynuował lekcję, którą rozpoczął; wtedy Doktor zapytał Apostoła, czy dobrze pojął właściwy sens jego listów. Ten odpowiedział: „Tak dobrze, jak tylko człowiek żyjący w ciele może to pojąć w tym życiu. Lecz chcę, abyś poszedł ze mną; zaprowadzę cię do miejsca, gdzie o wszystkim będziesz miał jaśniejsze pojęcie”. I zdawało się, że chwyta go za kapę i wyprowadza ze szkół. Widząc jego odejście, wspomniany brat zaczął głośno wołać: „Ratujcie, bracia, ratujcie!”. Zbudzeni tym bracia pytali go, co krzycząc, ujrzał w widzeniu. On zaś opowiedział im po kolei całe widzenie. Zapisawszy godzinę, dowiedzieli się, że była to właśnie godzina jego śmierci. Pan Jan z Ferentino, zastępca przeora wspomnianego miejsca, pozbawiony całkowicie wzroku, kazał doprowadzić się do jego ciała. Upadłszy u jego stóp z czcią i pobożnością, przywarł do zwłok, a kładąc swą twarz na jego twarzy, błagał Boga, aby przez jego zasługi przywrócił mu wzrok. Został on natychmiast uzdrowiony i zawołał: „Błogosławiony niech będzie Bóg, gdyż przez zasługi tego świętego wzrok został mi w pełni przywrócony”.
XXX.
Opat zaś i mnisi, ujrzawszy tak liczne oznaki świętości, bolejąc nad tak nagłą jego śmiercią, a zarazem ciesząc się, że zasłużyli na tak wielkiego patrona, odprawili wokół ciała świętego uroczyste egzekwie. Uczestniczyło w nich wielu braci z jego zakonu, którzy przybyli go odwiedzić, a także biskup Terraciny, będący franciszkaninem, wraz z wieloma braćmi ze swego zakonu oraz liczna szlachta z Kampanii, z której bardzo wielu było z nim spokrewnionych. Gdy zatem niesiono zwłoki ze śpiewem i czcią do kościoła, pani Franciszka, jego siostrzenica, która nie śmiała wejść do klasztoru, poprosiła opata o łaskę, by kazał przynieść ciało do wrót. Ujrzawszy je, ona wraz z dwiema innymi niewiastami uczyniła nad nim, zgodnie ze zwyczajem, żałobny lament. Gdy ich krzyk i jęki rozbrzmiewały w oddali, muł, na którym jeździł Doktor, uwolnił się z uwięzi w stajni po zerwaniu powrozu i nieprowadzony przez nikogo, zbliżywszy się do mar, padł martwy bez żadnej innej choroby. W końcu ciało zaniesiono do kościoła, w którym zostało z czcią pochowane. Brat zaś Reginald z Piperno, który zasłużył na to, by być świadkiem i towarzyszem całego jego życia, wystąpił na środek przed zgromadzony lud i wygłosił kazanie ku jego pochwale, mówiąc: „Ja jestem świadkiem całego życia oraz sumienia tego Doktora; często, a także i teraz, słuchałem jego spowiedzi generalnej. Znalazłem go zawsze tak czystym, jak pięcioletnie dziecko, które nigdy nie zaznało skazy ciała ani nie wyraziło zgody na żadną nieprawość”. Trzeciego dnia po jego śmierci brat Rainer z Pizy, dojrzały mąż z naszego zakonu, człowiek wielce pracowity i pokorny, bardzo mu bliski za życia, gdy z powodu bólu po jego odejściu długo i gorzko płakał, rozmyślając nad tym, że tak wielka wiedza została utracona, zasnął po owym jęku i ujrzał w wizji, że brat Tomasz wychodzi z zakrystii ubrany w szaty kapłańskie, idąc do ołtarza z ministrantami przygotowany do mszy, podczas gdy on, brat Rainer, zgodnie ze zwyczajem, prowadził śpiewy. W trakcie tej mszy Doktor, idąc dalej i odwróciwszy się do ludu po Ewangelii, wygłosił uroczyste kazanie. Gdy po jego zakończeniu powracał do zakrystii, a cały chór braci skłaniał się przed nim pobożnie, wspomniany brat Rainer, przyglądając mu się uważnie, zauważył, że ów Doktor prawe oko ma znacznie większe od lewego i nieporównywalnie jaśniejsze, o przedziwnym blasku. Gdy nad tym bardzo się zdumiewał, Tomasz rzekł do niego: „Dziwisz się temu, synu! Jak wielką różnicę dostrzegasz u mnie między prawym a lewym okiem, tak wielka jest różnica między wiedzą, którą mam teraz w ojczyźnie niebieskiej, a tą, którą posiadałem, gdy byłem za życia”.
XXXI.
Wspomniany opat, rozważając, że miejsce pochówku Doktora jest znane i obawiając się, by bracia z jego zakonu [dominikanie] nie odebrali im jego ciała na mocy nakazu papieża – jako że zostało ono powierzone owemu klasztorowi jedynie na przechowanie – kazał je potajemnie przenieść do kaplicy świętego Szczepana obok krużganka. Tam ukazał się opatowi we śnie ów Doktor i surowo go zgromił za to, że uchybiono należnej czci jego ciału oraz że bracia z jego zakonu zostali zwiedzeni, nie znając w rzeczywistości miejsca, w którym mogliby oddawać mu cześć; zagroził mu także karą, jeśli szybko nie przywróci jego ciała na poprzednie miejsce. Opat, lękając się, a zarazem chcąc, aby fakt ten pozostał w tajemnicy przed mnichami klauzurowymi, wziął klucze do owej kaplicy od pana Błażeja i zabrawszy dwóch obcych mnichów oraz kilku oblatów, udał się na miejsce. Gdy otwarto grób żelaznymi narzędziami – w rok od dnia jego przeniesienia – nagle wydobył się z niego tak wielki zapach, że wydawało się, iż nie otwarto grobu zmarłego człowieka, lecz składnicę pełną wonnych korzeni. Zapach ów tak rozniósł się po klasztorze, że mnisi, choć nikt ich nie zawiadamiał, poruszeni przez Boga zbiegli się na miejsce i ujrzeli jego ciało nienaruszone w członkach i szatach, w kapie i kapturze – stroju jego zakonu – dokładnie tak, jak zostało wcześniej złożone w grobie, w niczym niezmienione; a przecież ciało jego było potężne, otyłe i wielkie, a samo miejsce pochówku wilgotne i głębokie. Widząc to mnisi, położywszy ciało świętego na marach i podniósłszy je, postanowili, aby uroczyście przenieść je do kościoła. Ustaliwszy wcześniej, co mają śpiewać, kantor zaczął donośnym głosem: „Zasłużenie trwa w pamięci ludzi ten święty, który przeszedł do radości aniołów”. Gdy z pieśniami wniesiono go z czcią, został pochowany obok ołtarza głównego w marmurowym grobowcu, a konwent zaśpiewał mszę o Wyznawcy. Kantor bowiem, choć wcześniej nie obmyślił, jaką antyfonę na wejście zaśpiewać, nagle zaczął intonować: „Usta sprawiedliwego głosić będą mądrość” itd. Gdy zaś mnisi udali się na posiłek, pośród innych strażników świętego ciała pozostał mistrz Jakub murarz wraz z innymi, aby przygotować grób. Otworzywszy płytę, którą przykryta była skrzynia ze świętym ciałem, zebrał ziemię, która osypała się wokół jego piersi; wydzielała ona tak wielką wonność, że rozeszła się po całym chórze z ogromną słodyczą, tak iż wszyscy obecni zdumiewali się, widząc, że nie tylko ciało świętego wydaje zapach, ale nawet wszystko, co do niego przylegało. Z tego powodu pewien szlachcic, który przybył, aby otrzymać relikwie świętego, zabrał ze sobą część owej ziemi i zachował ją jako swój skarb. Boża zaś Opatrzność sprawiła, że zmarł on w takim klasztorze [cysterskim], aby posiadano wiarygodne świadectwo o cudach jego świętego ciała od tak wielu pobożnych zakonników; zostali oni zmuszeni przez jawne znaki, by stać się świadkami jego świętości – oni, którzy być może woleliby je zataić, by bracia z jego zakonu nie upomnieli się o to ciało. Owym braciom z jego zakonu nie uwierzono by bowiem tak łatwo w sprawie tak częstego pojawiania się woni, lecz sądzono by, że została ona rozpylona ludzkim podstępem, gdyby nie stała się jawna dla innych w rękach tak wielu świadków. W czternastym zaś roku od jego śmierci Piotr, opat wspomnianego klasztoru, poproszony przez panią Teodorę, siostrę świętego, aby dał jej prawą rękę swego brata jako relikwię, obiecawszy to uczynić, udał się do grobu świętego. Gdy z trudem podniesiono żelaznymi narzędziami kamień grobowy i odsłonięto drogocenny skarb świętego ciała, tak jak i wcześniej, wydobył się stamtąd potężny zapach. Na to wydarzenie, podobnie jak wcześniej, zbiegli się wszyscy mnisi i znaleźli jego ciało nienaruszone w członkach i w szatach swego habitu, tak jak poprzednio, z wyjątkiem czubka nosa, który był nieco naruszony przez upływ czasu. Jego prawą rękę, którą opat sądził, że zdoła wyciągnąć jako już podgniłą, musiał odciąć. Choć z powodu przedziwnego zdumienia ogarnął go lęk, to jednak zuchwały w powziętej pobożności wziął ją i z czcią zaniósł siostrze, która oczekiwała jej z utęsknieniem. Ta zaś, otrzymawszy ją nabożnie i ze łzami, kazała ją starannie przechowywać wraz z innymi relikwiami, które posiadała. Ręka ta aż do dnia dzisiejszego wygląda na nienaruszoną, tak jak została przyjęta, i jest z czcią przechowywana w klasztorze naszego zakonu w Salerno, w którym zostało pochowane ciało wspomnianej jego siostry. Pewien zaś duchowny, który nie myślał o świętym z należytą czcią, gdy z powodu nabożeństwa pewien kapelan pokazywał mu wiele czcigodnych relikwii, mówiąc, że ma jeszcze cenniejsze – to jest rękę świętego Tomasza z Akwinu – natychmiast zaczął szydzić z nich i żartować. Nie dbał o to, by je zobaczyć, lecz mówił: „To nie jest święty, lecz tylko jakiś brat z Zakonu Kaznodziejskiego”. Wtedy ogarnęło go drżenie, a jego głowa wydała mu się wielka niczym jakaś ogromna skrzynia. Dotknięty chorobą i skruszony, gdy poprosił kapłana o wybaczenie i je otrzymał, ucałował z czcią rękę świętego i natychmiast został uwolniony od drżenia oraz opuchlizny głowy. Poczuł też wydobywający się z owej ręki przeogromny zapach. Woń ta, ponieważ przez długi czas utrzymywała się na kapturze i osobie owego uzdrowionego od dotknięcia tejże ręki, sprawiła, że gdy wielu ją później wyczuwało i pytało, co to jest, on, choć nie chciał, był zmuszony opowiedzieć o tym, co się wydarzyło. Działo się to w 42. roku od śmierci wspomnianego Doktora, a ręka ta wraz z owym zapachem wciąż jeszcze trwała w swej nienaruszalności, z wyjątkiem kciuka, który został przez czyjąś pobożność odjęty; była wyciągnięta, wysuszona i zmieniła już swój naturalny, pszeniczny kolor. Ów duchowny wraz z tym zapachem odczuł także pomoc dla umysłu w każdej pokusie, tak iż ilekroć czuł się nękany przez nieprzyjaciela, nawet gdyby już w duszy postanowił ulec, to wezwawszy pomoc Bożą i zasługi wspomnianego świętego, natychmiast czuł się wolny i bezpieczny od wszelkiego niebezpieczeństwa. Gdy zaś cud ten został wielokrotnie opowiedziany panu Tomaszowi de San Severino, hrabiemu Marsico, ten chwaląc Boga za ów cud i myśląc o tym, że ręka ta byłaby z większą czcią przechowywana przez braci z jego zakonu, przekazał ją przeorowi i konwentowi w Salerno do zachowania z należytym szacunkiem. Kiedy pewien bardzo pobożny brat zbliżył się do niej, aby oddać jej należną cześć, mając nadzieję – zgodnie z tym, co słyszał od innych – że poczuje słodki zapach, lecz nie poczuł go, jak się spodziewał, przygotował się z większą pobożnością do ponownego oddania jej czci; wtedy poczuł przedziwną woń, do której podobnej nie pamiętał, by kiedykolwiek czuł. Opowiedział o tym cudzie swojemu przeorowi i wielu innym. Zapach ten – ponieważ nie jest wyczuwany przez wszystkich, którzy tę rękę czczą, ani za każdym razem, gdy jest czczona – jest wolny od wszelkiego podejrzenia, jakoby nie był prawdziwy lub został wywołany ludzkim podstępem, zwłaszcza że nie przypomina zapachu żadnej innej rzeczy. Donoszą także ci, którzy przybywali, aby oddać mu cześć i dostąpili innych dobrodziejstw uzdrowienia, że ten sam cud zapachu objawił się także przy innych relikwiach wspomnianego świętego. Z tego powodu zakorzenił się pobożny zwyczaj, że ludzie pracujący przy swoich zajęciach na polach, gdy tylko zostali nagle przygnieceni jakąś chorobą, udawali się do grobu rzeczonego świętego i przez jego zasługi znajdowali łaskę uzdrowienia. Mistrz Reginald, z zawodu chirurg, lecz od dziesięciu lat cierpiący na podagrę tak bardzo, że nie mógł chodzić o własnych siłach bez pomocy laski lub człowieka, powierzywszy się Bogu i błogosławionemu Tomaszowi i upadłszy obok jego grobu, po odprawieniu modlitwy zerwał się zdrowy, biegnąc i chwaląc Boga oraz Jego świętego. Zdumieni tym cudem mnisi, uderzywszy w dzwony, uroczyście zaśpiewali Te Deum laudamus. Piotr Franciszek z Piperno, oblat wspomnianego klasztoru, porażony przez pewną straszliwą marę, miał wykrzywione stopy i dłonie, a także wykrzywione usta i twarz, i pozbawiony był czucia; ogołocony z wszelkich sił wydawał się podobny do trupa, do tego stopnia, że gdy przykładano ogień do jego członków, nic nie czuł. Przeniesiony do grobu świętego, po krótkiej chwili powstał wolny i zdrowy. Ten zaś natychmiast porzucił świat i został bratem konwersem wspomnianego klasztoru, żyjąc w wielkiej pobożności. Jakub Rzymianin, mieszkaniec Piperno, mając małego synka Mikołaja sparaliżowanego po lewej stronie ciała, w której to utracił on naturalną władzę ruchu, powziąwszy nabożeństwo do świętego Tomasza, położył swego syna na jego grobie, modląc się ze łzami, dopóki mnisi nie skończyli śpiewać mszy. Po jej zakończeniu podniósł syna z grobu całkowicie uzdrowionego, składając dzięki Bogu i Jego świętemu. Pan Mikołaj, syn Angela z Piperno, cierpiący na artretyzm w prawym ramieniu tak dalece, że nic nie mógł nim zrobić, powziąwszy nabożeństwo do świętego Tomasza, udał się do jego grobu z pełną wiarą. Gdy modląc się na nim do Boga, błagał o łaskę przez zasługi świętego i położył chore ramię na grobie, natychmiast został przywrócony do dawnego zdrowia. Młodzieniec Tomasz z Piperno, zarażony trądem, lecz nieodłączony jeszcze od społeczności ludzkiej, z pobożnością przybył do grobu świętego Tomasza, ufając w jego zasługi. Gdy mnisi, pobożnie przymykając na to oczy, pozwolili mu tam przenocować, w nocy śpiącemu ukazał się święty Tomasz, mówiąc: „O co mnie prosisz?”. Ten zaś odpowiedział: „Proszę, abym przez twoje modlitwy i zasługi został uwolniony przez Boga”. Święty odpowiedział mu: „Wstań i bądź zdrowy”. Ten przebudziwszy się, z radością odkrył, że jest uzdrowiony, składając dzięki Bogu i świętemu Tomaszowi.
Oryginalny tekst łaciński
VITA S. THOMAE AOUINATIS
AUCTORE
Petro CALO
De nomine Thomas interpretatur abyssus vel geminus, vel dicitur Thomas a thomos, quod est divisio vel sectio, vel Thomas dicitur quasi totus means. Fuit enim abyssus profunditate cognitionis, geminus caritate dilectionis vel duplicitate perfectionis sc. affectus et intellectus, divisus vel sectus ab omni foeditate infectionis, totus means in deum assiduitate et aviditate contemplationis devotionis.
De sancto Thoma de Aquino.
I.
Thomas beatissimus de Aquino ex nobilibus parentibus Landulfo scilicet comite de Aquino et Theodora de Neapoli carne ac mente ingenua in confinibus Campaniae et regni Siciliae extitit oriundus. Duos quoque fratres habuit Landulfum et Raynaldum viros strenuos et duas sorores vite sanctitate preditas, quos eterna vita requiesque suscepit, sicut sibi fuit spiritualiter revelatum. Cum igitur eum mater gestaret in utero et in castro suo Rocca Sicca maneret, quidam vir sanctitate et fama preclarus, qui ibi prope heremiticam vitam diu in monte duxerat, divino ductus spiritu venit ad eam eique congratulans ait: Letare vere o domina; filium enim paries, qui vocabitur Thomas, in quo profecto erit abyssus sapientie plenioris. Hunc siquidem filium tu et pater eius in monasterio sancti Benedicti de Monte Cassino ponere disponetis, sperantes ut ibidem in abbatem sublimatus domui vestre cedat ad profectum et ad gloriam temporalem. Sed prorsus non est consilium contra dispositionem divinam. Deus enim de celo prospiciens, mundum spirituali lumine indigere, ipsum in predicatorum ordinem intrare disposuit, ubi divino lumine illustratus, plus omnibus utilior pre suis consortibus apparebit. Tante enim erit claritatis in sciencia et in vita, quod suo tempore non poterit sibi similis inveniri. Cui humilis ac prudens mater respondit: Fiat voluntas Domini, cui resistere nemo potest. Hoc autem postea rei probavit eventus.
II.
Natus autem et spirituali fonte natus traditus est nutrici. Que cum matrem pueri ad balneum cum honesta societate fuisset secuta et prope balneum puerum deportasset, in manu eius dextra cedulam repperit involutam. Quam cum admirans de manu illius vellet extrahere, puer eiulans amarissime flere cepit. Cui nutrix compaciens destitit et ipsam cartulam in manu tenentem lavare cepit, tacita cogitans hoc non sine mysterio accidisse. Et egrediens de balneo cum puero intuita est eum, cedulam adhuc in manu strictam tenentem, quam sibi tradere recusabat. Tunc stupens matri, quod acciderat, nuntiavit. Que gaudens et stupens puerum in brachiis accepit, et blandimentis, quibus poterat ipsum alliciens cedulam de manu extorsit, in qua repperit scriptum exordium nostre salutis: Ave Maria etc. Et merito, ut manus illius dextera contineret salutacionem angelicam, per quam deus sicut per calamum mundo multa salutifera propinavit. Volenti autem reponere cedulam puer eiulans manum porrigebat insinuans ipsam omnino velle. Quam cum mater sibi compaciens tradidisset, ille eam laetanter suscipiens in ore posuit et eam quanto citius deglutivit. Et ex tunc inolevit ei consuetudo, ut quandocunque ploraret, non desistebat a fletu, donec ei aliqua cedula traderetur, clare insinuans, quod futurus erat armarium scripturarum. Oblatus est Ezechieli liber, ut ipsum comederet; Iohanni quoque liber, ut similiter devoraret, Thomae vero ut spiritu intelligencie repleretur, sicut alteri Ieremiae, qui incarnationis Christi mysterium luculenter erat et profundissime disserturus.
III.
Ceterum cum pater eius curiosius inquireret, quomodo possit scire qua sorte vite victurus esset quilibet filiorum, quidam peritus respondit: Quando puer infra biennium flet irremediabiliter, ad cuius rei aspectum subito consolatur, circa rem illam versabitur animus eius. Igitur cum sanctus puer in ulnis se baiulantis fleret amare, nec quarumcunque rerum aspectu vel auditu verborum posset aliqualiter consolari, apparuit quidam librum ferens in manibus. Quo viso statim puer dei omisso fletu visus est prosilire velle de brachiis sustentantis, intento aspectu et leta facie librum tenens. Quod astantes admirati uno ore sentenciam protulerunt: Hic infantulus archa sapiencie est futurus. Porro cum devota domina mater eius ad vicinam capellam suo palacio auditura missam cum nutrice pueri et ancillis aliis processisset, dimisso in lecto puero dormiente, illis absentibus puer evigilans rependo pocius quam eundo venit ad archam quandam carentem operculo, in qua plures quaterni erant et alia scriptura multa. Que omnia puer dispergens per cameram intendendo per singula incumbebat. Que ut mater rediens cum aliis aspexerunt admirate et attonite, quid deus facturus esset de infantulo cogitabant, sed quod eum sapientissimum futurum hoc suo presagio prophetarent. Propter ista presagia, et quia mos erat nobilium degentium in regione eadem, cum esset quinque annorum pater suus cum honesta societate misit illum ad monasterium Montis Cassini, ut Samuel ad Heli, ibidem moribus et sciencia imbuendum. Traditus ergo cuidam magistro primo omnium, ut alter Iosias cepit inquirere dominum deum suum, anxie et frequenter magistrum interrogans, quid est deus; et cotidie, que a magistro dicebantur, memorie commendabat. Consorcia puerorum insolencium evitabat innocuus et consorcia dissoluta maturus; ingenti studio intendebat; necnon et aliqua hora diei et noctis oracioni vacabat manens taciturnus et quietus. Que cum matri referrentur ad gaudium, mirabatur de puero conferens in corde suo et sperans impleri ea que dicta fuerant in promisso.
IV.
Cernens itaque abbas monasterii puerum mira ingenii perspicacitate eminere et morum honestate pollere, misit ei patri suo dicens, talem puerum non debere in penetralibus latitare, sed Neapolim, ubi vigebat studium, mitti, ut sapientie lumine illustratus emittere posset postea eloquia sapientie salutaris. Quo audito misit pater filium Neapolim, ut esset gramatica, dialectica et rethorica eruditus adprime. Nam cum Martinum preceptorem in gramatica in brevi excederet, traditus est magistro Petro Hibernico, qui in logicalibus et naturalibus eum instruxit. Intantum autem puer ingeniosus profecit, quod lectiones, quas a magistro suo audierat, luculentius et subtilius aliis repetendo discurreret. Cum autem fama eius per scholas crebesceret, intelligens puer dei per spiritum, non esse tutum cum scorpionibus habitare, sitiens etiam sapientie fontem et allectus sermonibus, quos in domo fratrum predicatorum audierat, domino cooperante et fratre Iohanne de Sancto Iuliano tunc in Neapoli existente priore ei persuadente, predicatorum ordinem devotissime est ingressus, cum esset annorum tredecim, invito patre, qui eius felicibus actibus invidebat. Porro homines sunt mirati, quod tam nobilis puer relicta mundi gloria paupertatis ordinem est ingressus. Nunciata sunt ista matri. Illa autem merens simul et gaudens, assumpta comitiva honesta, venit Neapolim cupiens de visione filii consolari. Dolebat namque, quia privabatur temporali solacio sue prolis, sed consolabatur, quia videbatur impleri, quod de eo fuerat prophetatum. Fratres igitur illius intelligentes adventum et nescientes pium allectum, ac timentes ne talentum tantum sibi a deo traditum non sine magno damno per matris blandimenta amitterent, tamquam preciosum thesaurum sanctum puerum absconderunt. Et ne per astuciam vel violenciam tolleretur ab eis, ipsum Romam miserunt associatum decenter. Quo audito, mater accensa desiderio ampliori Romam adiit, et ad conventum Sancte Sabine, ubi erat filius, proficiscens, rogabat fratres, ut sibi ostenderent filium tam dilectum, asserens quod eum non induceret ad egressum, sed eum pocius ad bonum propositum hortaretur. At fratres de thesauro zelotipi ac sibi increduli disposuerunt ipsum Parisius destinare. Sed hoc matrem non latuit. Quare conturbata, commota sint quippe viscera eius super, misit nuncios filiis suis, qui sub imperatore Friderico, ut scribit Petrus de Vineis propinquo suo in Castro Aque Pendentis militabant, qui dicerent: Frater vester Thomas raptus a fratribus predicatoribus Parisius ducitur, proh dolor ! non eum amplius sum visura; ipsum siquidem fratres nec ad modicum mihi ostendere voluerunt, gaudium cordis mei! Succurrite filii, lilium meum rapite matri, misere praesentate. Quod intelligentes dolore percussi sunt. Et accepta ab imperatore licencia, profecti per devia miserunt observatores ad vias, ut ubicumque eum invenirent, caperent. Diligenter igitur inquirentes invenerunt puerum cum quattuor fratribus juxta puteum, lassum ex itinere quiescentem. Quem apprehendentes habitum ei auferre conati sunt. At ille vociferans et lacrimas uberrimas fundens vestem illam innocencie conservabat. — O quantus dolor invasit fratres, cum in tam brevi tempore se privatos cernerent tanto thesauro!
V.
Mittitur ergo filius dolens matri merenti. At illa videns filium prae gaudio flere cepit. Porro puer dei renuens consolari profundebatur irremediabilibus lacrimis, fiebantque illi lacrime sue panes die ac nocte. Timens igitur mater, ne eum perderet, quem cum labore et cordis anxietate inquisierat, in castro suo quod dicitur Rocca Sicca, eum diligenter custodiri mandavit. Interim dum hec agerentur, fratres predicatores querimoniam coram papa Innocencio proposuerunt durissimam, quia spoliati erant tanto thesauro, Frederico imperatore dissimulante et consentiente. Summus vero pontifex est turbatus eo quod talis excessus commissus est, eo in partibus illis degente. Et mittens nuntios ad imperatorem mandavit, quod de raptoribus faceret iustitiam congruentem. Quod statim imperator non distulit adimplere, sed missis militibus, fratres sancti Thomae capi fecit et suo conspectui presentari et diutine custodie tradidit; misit quoque fratribus, ut si vellent de eis iusticiam petere, accederent confidenter ad ipsum. Fratres autem verentes in tales viros exercere vindictam, et sperantes inviolatum recuperare thesaurum, ulterius non processerunt in causa.
VI.
Itaque fratres eius venientes ad castrum predictum et intelligentes constanciam pueri admirandam, eo quod habitum non deposuisset, cogitaverunt sagaciter propositum pueri immutare et miserunt sorores, ut ei assisterent et blandimentis cor iuvenis immutarent. Ipse autem eas ad se convertit, cum sacras litteras docuit et ibi detentus totam bibliam legit. Cum haberet breviarium ad dicendum officium, bibliam et sentencias, et textum sententiarum memorie commendavit, et fallacias Aristotelis compillavit, et sorores suas de his omnibus informavit. Convertit igitur sororem suam maiorem, adeo ut mundum relinqueret et ad claustrum monialium Sancte Marie de Capua quasi subito se transferret. Ubi cum pervenisset ad apicem religionis in brevi, ibidem facta est abbatissa. Fratres autem sui non destiterunt eum vehementer angere blandiciis atque minis. Sed cum immobilis permaneret, eum habitu exuentes et ipsum lacerantes, putabant sanctum iuvenem pre verecundia devicisse. Ille autem in domino confortatus, laceratum habitum rursus induit, et quasi Christum in ipso habitu induisset, semicinctiis, que residua fuerant se involvit, qui habitum integrum tenebat in animo.
VII.
Ad hoc puellam meretricem comptam ornatu impudico sancto iuveni ingesserunt, que eum modis omnibus molestabat, aspectibus, verbis et tactibus impudicis. At ille cum motus carnis sentiret, tristis effectus de inflammatione, ac spirituali roboratus fervore, titionem de igne excutiens, ipsam impudicam percussit fortiter, de camera expulit et clausit ostium post eam. Demum cum titione illo signum salutis in angulo camere imprimens, se prostravit in terram et cum lacrimis orans dixit: Domine, quia non possum esse continens, nisi tu deus des, obsecro ineffabilem misericordiam tuam, ut integritatem mentis et corporis mihi digneris concedere, ut tibi mundo corde et corpore valeam deservire. Cumque finisset orationem, sopor irruit super eum. Et ecce duo angeli sibi astiterunt dicentes; exauditam esse suam orationem et cingulo quod secum detulerant, eum cinxerunt dicentes: Cingimus te cingulo perpetue virginitatis, quod nullatenus de cetero dissolvetur; et quod possideri non potest merito humane virtutis, tibi conceditur ex dono largitatis divine. Strinxerunt autem eum tam fortiter, ut pre dolore clamaret. Cumque qui prope aderant, excitati fuissent, ad illius cameram currentes petebant, quid sibi acciderat, propter quod tam vehementer clamasset. At ille secretum celans nemini voluit indicare. Sed in hora mortis ad honorem dei et edificationem proximi socio suo fratri Raynaldo narravit et addidit, quod ex tunc non sensit nec minimum carnis motum. Itaque ex tunc mulierum aspectus et colloquia ita vitabat, ut soleret sibi horum aspectibus precavere, nisi necessitas vel utilis occasio coegisset.
VIII.
Videns igitur mater iuvenis sancti constanciam, metuens et divine resistere voluntati, permisit ut fratres liberius ingrederentur ad eum, et ei spiritualia obsequia exhiberent, licet ipsum sub custodia detineret. Frater autem Ioannes predictus occulte ei tunicas et alia necessaria pro vestitu secum deferens, ut decentem habitum haberet, pro modulo procurabat. Denique cum fere per duos annos sic detentus maneret, visum est matri bonum, ipsum libere abire permittere. Videbat enim impleri, quod de eo fuerat prophetatum, ut oporteret refici magnum ecclesie luminare. Et ideo misit pro fratribus, qui eum susciperent, cum de fenestra per funem fuisset submissus. Sicque factum est, et cum eo fratres Neapolim sunt profecti, et a scientibus est repertum, ipsum tantum in carcere profecisse, ac si mansisset in studio generali. Cogitantes autem fratres, posset si maneret ibi, periculum imminere, licet iam fratres sui a persecutione cessassent, miserunt illum Romam ad capitulum generale,ut aliquo pro generali studio mitteretur. Magister autem Iohannes Theotonicus ipsum secum duxit Parisius deinde missus est Coloniam, ubi Frater Albertus famosissimus tunc legebat. Quem audiens Frater Thomas gavisus est valde, quia hoc semper cupiebat, ut scilicet hominem inveniret, qui ei profunda scientie declararet. Et tunc animum suum ad capiendam scientiam preparans cepit in studio esse assiduus, in oratione devotus et mirabiliter taciturnus. Unde per multum tempus quasi mutus existens, sapientiam suam nulli de condiscipulis ostendebat, quinimmo ipsum bovem mutum appellare solebant. Nam et in scholis Pythagorae et Hippocratis cogebantur studentes se astringere sacramento, quod ante quinquennium non auderent de scientia concertare. Et providencia divini consilii contigit, ut a lectione libri de divinis nominibus acciperet adeo loquendi et se manifestandi licenciam, cui deus concessurus erat sui nominis declarare doctrinam. Contingit enim doctorem prefatum librum Dyonisii de divinis nominibus subtili expositione disserere, quod vir dei Thomas audiebat avidissime et attente. Putans autem unus de condiscipulis, propter ingenii grossiciem eum non loqui, ei compassus se obtulit ad repetendam ei lectionem. Servus autem dei oblationem humiliter suscipiens gratias egit et se sue repetitioni subdidit, ac ipsum audiebat attente. Accidit autem fratrem illum non recte repetere, nec secundum doctrinam a magistro Alberto traditam edocere. Tunc vir dei quasi a deo accepta licencia, loqui cepit: karissime, inquit, Frater, non sic magister noster edocuit, sed aliter intelligendum exposuit. Et quomodo, inquit Frater ille? Edissere, oro te, si tu melius memorie comendasti. Tunc sancto doctus spiritu legere subtilius et luculentius cepit, quam magister docuerat. Studens igitur ille stupens et admirans viri dei scienciam, iudicavit iniquum fore, si propter taciturnitatem viri dei scienciam occultaret. Unde magistro studencium, quod contingerat, ennaravit. Qui incredulus certificari volens per auditum et propter parietem latitans, sicut sibi relatum fuerat, manifestissime intellexit. Itaque non se capiens pre gaudio ad magistrum albertum accessit: nova inquit, mirabilia vobis annuncio. Nam quem dicimus bovem mutum, audivi lectionem de divinis nominibus clarissime disserentem. Magister autem letatus est hoc audito. Quem contingit quaestionem difficilem determinare, quam vir dei memorie comendans redegit in scriptis. Cumque eo cellam exeunte, carta in terram cadens iuxta ostium celle, eo non advertente, maneret, collateralis eius hanc videns sustulit et perlegit et stupuit, eo quod brevius, subtilius, cum rationibus etiam in contrarium adductis magis efficacibus in cedula posuisset; repertam igitur cedulam magistro obtulit. Quam ille intuens summe approbavit, et Magistro studencium indixit, ut questionem difficilem ei imponeret sustinendam. Quod ille recusabat ex humilitate, nil senciens de se magnum. Tandem sicut verus obediens ad respondendum se non segniter preparavit et die disputationis proposite questioni simul et argumentis per trimembrem distinctionem pulcerimam respondit adeo luculenter et plene, quod nullam determinationem aliam facere oportebat; propter quod Frater Albertus: fili, inquit, non tenes locum respondentis, sed determinantis. Cui cum omni reverencia respondit: Magister non video, quod aliter possum respondere ad questionem. Tunc magister ait: Modo respondeas ad quaestionem per tuam distinctionem; et fecit ei quatuor argumenta tam difficilia, ut omnino se ei crederet conclusisse. Ad que, cum Frater Thomas sufficientissime respondisset, fertur magistrum albertum dixisse per spiritum prophetie: Nos vocamus istum bovem mutum, sed adhuc talem dabit in doctrina mugitum, quod in toto mundo sonabit. Quod est veraciter adimpletum, sicut liquidius cunctis claret. Ex tunc etiam omnes difficiles actus scholasticos committebat eidem. Ex quibus tamen nunquam in superbiam erexit animum, sed simplicitatem, quam pridem tenuit, non reliquit. Post hoc cum magister Albertus librum ethicorum cum questionibus legeret, Frater Thomas magistri lecturam curiose collegit et redegit in scriptis: opus stilo disertum, subtilitate profundum. Sic a fonte tanti doctoris haurire potuit, qui in scientia omnem hominem sui temporis precedebat.
IX.
Post hoc cum Frater Thomas sic mirabiliter in sciencia et in vita proficeret, et magistro Alberto ex commissione reverendi patris magistri Ioannis Vercellensis incumberet, ut parisiensi studio de sufficiente bachallario provideret, dicti sui discipuli previdens velocem in doctrina profectum, persuasit per litteras predicto magistro ordinis, ut de fratre Thoma pro bachallario predicto studio provideret, describens eius sufficientiam in sciencia et in vita. Quare cum non statim duceret acceptandum adhuc sibi in graciis predictis ignotum, suasu tamen domini fratris Ugonis, primi cardinalis ipsius ordinis, cui erat de ipso per litteras intimatum, providit de ipso, mandans ei ut statim Parisius se conferret et ad legendum sententias se pararet. Qui pre humilitate semper humilia de se senciens hanc promotionem voluisset renuere, nisi oportuisset magistri ordinis litteris obedire. Factus itaque bachallarius, cum cepisset legendo effundere, que deliberaverat silencio occultare, tantam ei deus infundit scienciam, et in labiis eius tanta est divinitus effusa doctrine gracia, ut omnes etiam magistros videretur excedere, et claritate doctrine, et seculares plus ceteris ad amorem sciencie provocare, novos movens articulos, novum modum et clarum determinandi inveniens, novas adducens in determinationibus rationes, non dubitans novas opiniones docere et scribere, quas deus dignatus est ei noviter inspirare. Unde et tunc in principio sui magisterii scripsit super quatuor libros sententiarum, opus dissertum stilo et subtilitate profundum, aptum intelligencie et novis articulis dilatatum, utens humanis scienciis ut ancillis, et in obsequium fidei trahens philosophorum eloquia tamquam ab injustis possessoribus vendicata.
X.
Post decursum studii fructuose completum, cum tempus instaret, quo bachallarii theologie erant cancellario presentandi, mandavit cancellarius priori fratrum predicatorum parisiensi, ut ex parte sua mandaret fratri Thomae, ut ad recipiendum magisterium in theologia, non obstante consuetudine, quod secundum morem erant sibi alii preferendi, sine contradictione aliqua se pararet. Qui humiliter se excusans propter defectum sciencie etatis, erat enim tunc etatis incipiens quasi annorum triginta Sed precepto obediencie est coactus et sic ex humilitate et obediencia adquisivit meritum copiosum. Qui humiliter suscipiens onus impositum ad locum orationis se contulit, et prostratus cum lacrimis oravit deum, ut ad suscipiendum et exequendum digne magisterium graciam et scientiam dignaretur infundere. Et incipiens psalmum: Salvum me fac deus, quoniam defecit sanctus, quoniam diminute sunt veritates a filiis hominum, diu cum lacrimis in oratione permansit. Et ecce quidam antiquus eiusdem ordinis admodum reverendus affuit dicens ei: Frater Thoma, cur deum cum lacrimis oras ita? Respondit: Quia impositum est michi onus magisterii subire, ad quod sciencia mea non sufficit, et quid proponam pro meo principio, non occurrerit. Cui ille: Exauditus es. Ne formides, suscipe magisterii onus, quia deus tecum est, et pro tuo principio nihil aliud proponas, nisi hoc: Rigans montes de superioribus suis de fructu operum tuorum saciabitur terra. Quo dicto disparuit. Quod verbum non fuit solum thema proponendi principii, sed tocius sui studii sufficientiam indicavit, quia de his, que de montibus divine speculationis accepit, totam ecclesiam quasi agrum divini seminis complurium sapiencie pluviis saciavit Non enim ullus eius operibus devotus inhesit qui non fuerit sapiencie et sciencie fructibus saciatus. Per eius enim doctrinam doctus quilibet redditur quasi celesti irrigatus ymbre doctior; et minus doctus qui fuerat, quasi celi pabulo saginatus. Etenim ut ymber de celo stillat super bonos et malos, et sol oritur super iustos et impios, sic eius doctrine eloquia bonos irrigant, ut fructificent; et malos admonent ut resipiscant, et viam, quam imitari debeant, non ignorent. Et fulgur profusi luminis iustis lucet, ut gaudeant, et ab iniustis non trahitur, ut si aspicere non fastidiunt, resipiscant. Quos enim studiosos non docuit! Quos protervos non corripuit. Quos devios non direxit! Sic divina docuit, ut humana quantum fuit expediens ad salutem hominum pertractaret. Gemma gratissima, expectatio prestolantis, quocumque se vertit, prudentissime intellexit. Sic contra gentilium perfidiam scripsit librum quatuor libros habentem, in quo ostendit, quid ex proprio ingenio habuit, et quid raptu mentis in deum orationibus impetravit.
XI.
Post magisterium susceptum, cum cepisset disputare et legere, tanta multitudo scholarium eius scholas intrabat, ut vix eos caperet Scholarium locus, quos tanti magistri doctrina traheret et ad proficiendi studium provocaret. Sub cuius doctrina lucida floruerunt quamplures magistri tam religiosi quam seculares propter modum docendi compendiosum, apertum et facilem, qui pro eo quod fuit insolitus, simul cum sciencia creditur sibi fuisse divinitus inspiratus. Hic enim doctor venerabilis visus est quasi campum scholarium scienciarum ingressus flosculos excerpisse de sentibus et plenam manum habere apostolicis cophinis fragmentorum sacre scripture, que deus mandavit apostolis ne perirent colligere et futuris doctoribus reponenda servare. Qui et de sacrorum doctorum ortis plenis frumento de utriusque testamenti excusso segetibus utiliora collegit in libris, et nulla scripture veritas sibi mansit abscondita, nec doctoris cuiusque scriptura inaccessibiliter involuta, de quo ut sciretur quantum donum scientie huius doctoris lateret in corde, concessum est ei divinitus, ut manifestaret in opere multiplici scripturarum. Et preter magna volumina quasi fidei Christiane in sanctis montibus posita fundamenta quibus antiquas elisit hereses, novas quasdam suo exortas tempore, divino spiritu revelante destruxit.
XII.
Et primo errorem Averrois, qui dixit unum esse in omnibus intellectum, qui in tantum increverat in simplicium mentibus, ut requisitus quidam miles Parisius, si vellet in suis ultimis de suis criminibus penitere, responderit: si anima sancti Petri est salva, et ego salvabor. Quia si uno intellectu cognoscimus, uno vite exitu finiemur. Quem etiam errorem scolares Garlandiae communiter sequebantur, contra quem librum mirabilem edidit, in quo preter rationes fidei etiam per dicta Aristotelis error ille evellitur a radice. Secundo errorem Guilelmi de Sancto Amore, Sigerii et quorumdam ipsorum sequacium, qui dicebant, quod religiosi mendicantes non laborantes manibus non poterant in sola studii contemplacione salvari, consiliorum perfectioni et supererogate iustitie detrahentes funditus, sola eos invidia stimulante, paupertatis regionis suffodere fundamenta. Quorum volumen, cum domino pape Clementi quarto fuisset allatum et per eum dicto magistro ordinis, ut responderet, oblatum, beatus Frater Thomas divino afflatus spiritu se fratrum orationibus recommendans perlegit et invocato sancto spiritu, qui falsa denudat dum revelat abscondita, libellum, qui incipit: « Ecce inimici tui sonuerunt, » etc, tam cito et taliter composuit, ut non humano ingenio eum visus sit edidisse, sed pocius in spiritu accepisse de dextera sedentis in trono, in quo cum omnia tela ostium nequissima penitus extinxisset, prefatus summus pontifex ipsum libellum approbans, et volumen contrarium ut nefarium damnans, ipsius auctores cum suis complicibus de cathedra magistratus deposuit, et expulsis de parisiensium studio omni dignitate privavit. Et quia consonum erat, quod invicto ecclesie pugili aliquis favor ad augmentum scholastice discipline consurgeret, qui ad studium animaret, pro predicto spectabili triumpho victorie, favente illustri rege Francie Sancto Lodovico, ordo predicatorum habere meruit in sacra theologia Parisius duas scholas, ut ex eo honor ordini consurgeret, unde predictus doctor ecclesie adversarios fidei scholastica disputatione vicisset. Tertio errorem antiquum sed de novo surgentem eorum, qui se nominant fraticelles de paupere vita, ut etiam sub hoc humilitatis sophistico nomine simplicium corda seducant, quos captos pocius heretica pravitate fermentant, asserentos sub uno capite Christo duas ecclesias, unam carnalium, super quam summus Romanus Pontifex presidet, sub quo per diversas provincias ipsam prelati eius auctoritate gubernant, quam Christo copulatam in spiritu sancto sic pio ore blasphemant, ut hac reprobata, aliam menciantur ecclesiam spiritualium, de qua se esse asserunt inventores huius erroris pariter et sequaces. Qui dum dicuntur se duci spiritu libertatis, in omnem servitutem pravitatis heretice eodem spiritu precipitante labuntur, tertium statum mundi et novum testamentum frangentes. Quorum errorem in suis scriptis in diversis locis elisit, ostendens post Christi evangelium et testamentum nullum alium statum ecclesie debere succedere, sed hunc debere usque in finem seculi permanere. Unde in quodam monasterio petiit librum abbatis Ioachim, unde sui erroris sumpserunt originem, et oblatum perlegit, et ubi erroneum aliquid repperit vel suspectum, cum linea subducta dampnavit. Contra quem errorem sanctissimus pater dominus Ioannes papa XXII mirandam edidit decretalem. Quarto errorem illum antiquum Graecorum schismaticorum in multis errancium sed signanter in hoc, quod romano pontifici obedire recusant, contra quos de mandato Urbani Pape specialem libellum edidit, in quo per doctores grecos ipsos convincit. Et omnes alios errores, qui possent consurgere, elisit, veritates illis contrarias docendo et scribendo.
XIII.
Et quia frequenter contingit, quod dum intellectus superius subtilia contemplatur, affectus inferius a devocione remittitur, ideo die quolibet lectionem unam sibi de patrum collationibus legi faciebat. De quo interrogatus, cur aliquando speculationem dimitteret, respondit: Ego in hac lectione devocionem colligo, ex qua facilius in speculationem consurgo; in hoc Beati Dominici imitatus exemplum, qui ex dicto libro, cum legeret, magnum perfectionis apicem apprehendit. Unde creditur a doctoribus magnis nihil minus habuisse in gloria, qui in vite sanctitate nullus minus habuit in doctrina, sicut Fratri Alberto de Brixia, qui miraculis claruit in vita et post mortem, admiranti, quomodo potuit in tam brevi tempore, quo vixit, ad tantam scienciam et sanctitatem pervenire, vigilanti et oranti fuit aperta visione monstratum. Nam cum super hoc mirabili, deum, beatam virginem et beatum augustinum, ut ei gloriam beati Thomae ostenderent; frequencius cum lacrymis ante altare virginis exorasset, apparuerunt ei due reverende persone cum splendore mirabili et ornatu, quarum una mitram portabat in capite, alia erat in habitu ordinis fratrum predicatorum, que coronam portabat in capite auream lapidibus preciosis contextam, habens circa collum duas aureolas, argenteam et auream, et in pectore habebat magnum lapidem preciosum, qui illuminabat ecclesiam. Cappam vero gestabat insertam per totam lapidibus pretiosis, tunicam et scapulare candoris nivei. Qui Frater Albertus stupefactus de visione mirabili proiecit se ad pedes eorum orans ut ei indicarent, qui essent, qui ei tam mirabiles apparerent. Tunc ille qui mitram portabat respondit: Quid Frater Alberte sic admiraris. Exaudite sunt preces tue. Ecce nunc manifesto tibi, quod sum Augustinus doctor ecclesie, qui missus sum ad te, indicare tibi doctrinam et gloriam fratris Thomae de Aquino, qui mecum est. Ipse enim est filius meus, qui doctrinam apostolicam et meam in omnibus est secutus. Ecclesia dei sua doctrina illuminatur, quod signant lapides preciosi et precipue, quem gestat in pectore, qui designat intentionem rectam, quam ad defensionem fidei habuit et declarationem ostendit. Ceteri vero lapides preciosi libros et opera sua, que composuit. Sumus ei pares in gloria, licet Thomam precedam pontificali infula, ipse autem super me polleat virginitatis aureola. Quam visionem dictus Frater Albertus admiratus compulsus est revelare, cum frequenter fuisset auditus asserere, fratrem Thomam magnum sanctum esse in patria et hoc publice predicare, quia nullus potest de tanti doctoris dubitare gloria, cujus tam certa testimonia sunt de vita.
XIV.
Cecitatis et iudaice tenebras per eum dignatus est deus illustrare. Nam in Mollaria castro domini Ricardi Cardinalis prope Romam, cum in festo nativitatis domini cum predicto domino moraretur, et ad eum duo magni iudaei litterati et divites, sicut omni anno consueverant, convenissent, rogavit dictus dominus fratrem Thomam, ut cum eis de eorum conversione tractaret. Cum quibus, cum diucius contulisset de lege veteri, et salvatoris adventum eis probasset per dicta plurium prophetarum, dedit eis terminum, ut in crastinum de eorum conversione et de his que proposuerat, responderent. Pro quorum conversione, cum pius doctor orasset et petivisset a dei filio, ut eam sibi in sue nativitatis gaudio concedere dignaretur, ecce iudaei in crastino ad predictum doctorem conveniunt, et eo viso divino afflati spiritu convertuntur, confitentes, non posse spiritui, qui in eo loquebatur, et sapiencie, nisi quod persuaserat, respondere. Fitque magnum de festo nativitatis dominice gaudium et de beneficio conversionis eorum.
XV.
De virtutibus eius dicturi ab humilitate sumamus exordium eius. Fertur idem in sua puritate dixisse: Regracior deo, quia nunquam de mea sciencia, cathedra magistrali et de nullo actu scholastico habui motum inanis glorie, qui meum a sede humilitatis extolleret animum. Et si primum motum prevenientem racionem habui, racionis superveniente iudicio repressi. Erat enim conscius a deo habere scienciam, qui dederat; et ideo in suo animo motum inanis glorie habere non potuit noxium, qui cotidie sciebat sibi fieri divine virtutis influxum. Cuius humilitatis indicium in conversatione patebat, in qua sic erat tractabilis et in locucione suavis, ut vere ostenderet a Christi forma se exemplatum procedere, cuius vitam et meruit contemplando cognoscere et predicando docere. Semel cum in conventu Bononiensi transiens moraretur et more suo per claustrum contemplativus incederet, Frater quidam alterius conventus, qui eum non noverat, petita licencia et obtenta, quod cum fratre, qui primo sibi occurreret, in civitatem ad sua negocia ire posset, eum inveniens dixit ei: Frater, prior mandat quod venias mecum. Qui statim inclinato capite secutus est eum. Postquam cum non posset sic festinanter incedere, frequenter argutus a socio, se humiliter excusabat. Cives autem, qui eum noverant, admirati quod tantus doctor post fratrem modice condicionis incederet, qui erat dignus preire, cogitantes hoc ex errore aliquo accidisse, indicaverunt fratri, quis esset ille quem duceret. Qui conversus ad fratrem Thomam petivit veniam, ut eius ignorancie indulgeret. Et conversis ad eum civibus cum reverencia et interrogantibus de tante humilitatis exemplo respondit, quod in obediencia perficitur omnis religio, quia homo homini propter deum se subicit, sicut deus homini propter hominem obedivit. Cum quidam licenciandus Parisius in vesperis examinandus teneret opinionem contrariam veritati, quam Frater Thomas determinaverat in scholis, a quo nichil sibi putans preiudicatum, licet ei foret contradictum, tranquillus et quietus cum fratribus rediit ad conventum. Studentes vero et socius eius in eius persona offensi graviter, dixerunt ei, quod non debuit veritatis iniuriam coram omnibus magistris Parisiensibus sustinere. Quibus respondit: visum fuit michi, novo magistro in suo principio esse parcendum, ne confunderetur. De mea doctrina nil dubito sic firmata auctoritatibus et racionibus veritatis. In crastino autem cum omnes in aula episcopi convenissent, et eedem opiniones per eundem licenciatum fuissent per omnia repetite, Frater Thomas cum omni moderamine dixit: Magister, ista vestra opinio est contra tale concilium. Tunc autem ipse aliter dicere cepit, sed opinionem in sentencia non mutavit; contra quem iterum arguens et adducens concilium compulit ipsum suum confiteri errorem, et petere humiliter ab eodem doctore scire plenius veritatem. Tunc ille dixit: Modo bene dicitis, et docuit eum plenius veritatem. Admirati sunt omnes magistri de tranquillitate mentis et verbi, quia sic arguebat adversarium, quasi doceret discipulum.
XVI.
De eius corporis puritate patet ex visione angelica supradicta, et suorum testimonio confessariorum et precipue fratris reginaldi, de quo inferius patebit apercius, et ex modo et conversacione vite sue. Sic enim divinis contemplacionibus erat intentus, ut nullo modo fieri posset contrariis actionibus occupatus, aut oraret, aut meditaretur, aut legeret, aut predicaret, vel scriberet. Erat etiam supra modum devota eius oracio, qua sic liber in deum ascenderet, quasi nullum pondus carnis contrarium sustineret, que consueta erat nunquam excitare motum rationi contrarium, qui corpus suum coegerat sibi sub racione subiectum. Erat autem precipue devotus ad sacrosanctum sacramentum altaris, de quo, quia concessum ei fuerat profundius scribere, donatum est ei devotius celebrare. Cotidie enim unam missam dicebat, nisi eum infirmitas impedisset, et aliam audiebat socii, vel alterius, ad quam et frequentius ministrabat. Consueverat autem sepe rapi in missa tanto devocionis affectu, ut totus profunderetur lacrimis, qui tanti sacramenti sacris absorbebatur ministeriis et reficiebatur ex donis. Unde cum semel in conventu Neapolitano in die dominice passionis multis militibus astantibus missam devotius celebraret, in prosecutione cepti sacri misterii subito visus est absorptus sic ab altitudine sacramenti, quasi divinis videretur admissus ut interesset misteriis, et Christi hominis affici videretur ex penis, quod indicare videbatur diutina mentis abstractio et inundans profusio lacrimarum. Quo diutius sic manente, admirati fratres accesserunt et ipsum tangentes, ut prosequeretur sacra misteria excitarent. Quem post sacrum misterium aliqui fratres et milites ei familiares rogaverunt, ut sibi quicquid accidisset in illo raptu, eis dignaretur exponere. Qui dicere renuit. Visus etiam fuit frequenter, cum cantaretur ille versus in completorio tempore quadragesimali: ne proicias nos in tempore senectutis, etc, quasi raptus et absorptus multis perfundi lacrimis, quas de oculis pie mentis educere videbatur. Erat preterea nocturno tempore post brevem somnum in sua camera vel ecclesia, ad quam sibi de nocte patebat accessus, in loco quem sibi ad orandum elegerat, in oracione prostratus, ubi orando mereretur addiscere, que post oracionem oportuisset scribere vel dictare. Sic enim tempus sue vite distribuit, ut preter illud modicum, quod somno vel refectioni pro valetudine corporis sibi perfunctorie indulsisset, reliquum oracioni, lectioni, predicacioni, meditacioni, vel scribendis aut dictandis questionibus expendebat, ut sic nullum tempus vite sue esset vacuum, quod non esset sacris actionibus occupatum, ita quod si aliquando pro consolacione fratrum vel aliarum honorabilium personarum cogeretur dimisso studio in locutorio consedere, a profectu etiam illa hora modica non vacabat. Nam expeditis his que fuissent proposita, aliquid ystoriale vel morale ad edificacionem breviter disserebat. Reliquum si superfluisset tempus, priusquam ad cameram suam completa locucione redisset, surgens a loco cum quibuscunque sedisset, sicut non advertens, divinis intentus, discurrens per claustrum vel ortum consuetis suis meditationibus et speculacionibus expendebat. Sic iterum ad orandum paratus, quasi non dimisisset oraculum, cuius occupacio immutabat affectum, quia nec aliis delectabatur affectio, nisi his revelacionibus, quas impetrasset orando.
XVII.
Qui cum esset de nobili genere et potuisset divicias temporales habere, sicut ipsas contempsit, cum habuit, sic cum non habuit, non petivit, sed exemplo salomonis nihil aliud quam sapienciam, quam amabat, in oracione petebat. Unde certissime creditur, quod merito sue devote oracionis a deo obtinuit, que docuit, que scripsit et que dictavit. Nam Frater reginaldus post eius obitum, cum redisset Neapolim et lectiones, ut dimiserat, cum esset lector Neapoli, resumpsisset, cum ingenti fletu dixit: Fratres, ego fui a magistro meo in vita sua prohibitus, ne miranda que de ipso videram, revelarem. Inter que fuit, quod scienciam suam non humano ingenio, sed oracionis merito acquisivit, nam quociens studere voluit, disputare, legere, scribere vel dictare, prius ad oracionis secretum accedens, profusus lacrimis orabat pro divinis inveniendis in veritate secretis, cuius oracionis merito, sicut ante oracionem dubius accedebat, sic postea redibat edoctus. Cum autem aliquod dubium occurrisset, nondum requisito devocionis oraculo, ad oracionem accedens, quod erat sibi dubium, divino miraculo inveniebat apertum. Cum igitur super Isaiam scriberet et eius profunda misteria investigaret, pervenit ad quemdam textum, quem cum non intelligeret nec ad intellectum littere, qui ei satisfaceret, perveniret, multis diebus ieiunans et oracionibus se affligens, quadam nocte predictus eius socius ipsum audivit loquentem, cum quo vel quibus ignorans, sonum quidem locucionis percipiens, sententiam non perpendens. Qua locutione finita dixit doctor eidem: Frater Raynalde surge et accende candelam, et accipe quaternum in quo super Isaiam scripseras, et para te iterum ad scribendum. Qui cum diutius scriberet, que doctor quasi in libro legeret, ea facilitate dictaret. Post aliquam horam dixit ei: Vade fili ad quiescendum, quia adhuc multum restat temporis ad quietem. Qui avidius volens scire secretum ad pedes magistri procidit cum lacrimis genu flexus et ait: Ego de loco isto non surgam, nisi dicas mihi, cum quibus vel quo fuisti locutus, et cepit eum per nomen domini fortiter adiurare quam pluries renitentem et dicentem: Non est opus tibi fili hoc scire. Demum ne videretur nomen domini contempnere, lacrimans ait: Fili vidisti his diebus afflictionem meam super dubio isto quod modo exposui, quod multis lacrimis a deo scire petivi. Unde misertus mei misit ad me beatos apostolos petrum et paulum, per quos eum rogaveram, qui me plenissime docuerunt. Sed ex parte dei tibi precipio, ne in vita mea hoc audeas revelare. In ultimis etiam constitutus revelavit eidem fratri Raynaldo, quod gloriosa virgo mater domini apparuit et ipsum confortavit de vita sua et sciencia, et quicquid deliberate per ipsam a deo petivit, obtinuit, et quod non mutaret statum sui ordinis, sicut frequenter in oracione peciverat, impetravit. Hec creditur a filio suo singularem ei scienciam impetrasse, quam peciit cum puritatis lilio, quod sicut immaculatum deo obtulit, sic servavit. Hic etiam cum esset salerni in conventu fratrum visus est ante altare maius in oracione existens post matutinas a predicto socio suo et fratre Iacobo, qui eum exempli gracia observabant, duobus cubitis elevatus a terra, velut si fas est dicere, future agilitatis vel aliquid simile principium accepisse, quo sine pondere quasi in sua levitate maneret.
XVIII.
Frater Iacobus de Caserta sacrista, vir oracione devotus, actione sollicitus et virtute probatus, qui alias habuit vigilans mirabiles visiones, advertens beatum Thomam semper de camera sui studii ad ecclesiam ante matutinas descendere, et pulsato ad matutinas, ne videretur ab aliis festinato rediit semel ipsum curiosius observavit et accedens retro in capella sancti Nicholai, ubi fixus in oracione manebat, vidit ipsum quasi duobus cubitis elevatum in aere. De quo diu admirans subito audivit de loco, ad quem predictus doctor conversus erat cum lacrimis, huiuscemodi vocem de imagine crucifixi: Thoma bene scripsisti de me. Quam ergo recipies a me mercedem de tuo labore? Qui respondit: Domine, nonnisi te. Et tunc scribebat tertiam partem Summae de Christi passione et resurrectione. Post quam scripturam parum scripsit propter miranda, que sibi deus mirabiliter revelavit. Signum namque certissimum fuit quod a scribendi cessaret opere, ex quo iam regraciaretur a domino de mercede.
XIX.
Et licet a mundanis negociis et temporalibus miro modo esset extraneus, qui divinis rebus totus erat intentus, cum requisitus de agibilibus ad agibilia et temporalia intellectum convertisset, tam subtiliter et utiliter consulebat, quasi videretur quis consilium requisivisse divinum, utpote qui illas regulas habebat pre oculis, a quibus omne quod humanitus agitur, divinitus diffinitur. Unde et de Sancto Lodovico rege Francie dicitur, quod semper in rebus arduis eius consilium requirebat, quod frequenter expertus fuerat esse certum. Caritate etiam et pietate diffusus erat et miro modo benignus in animo, suavis in verbo et liberalis in facto, ut qui locum eius conversacionis vidisset effigiem, mentis eius potuisset legere sanctitatem et perpendere que in eius mente sapientia habitabat, ex cuius ore tanta suavitas procedebat. Et licet ipse innocens supra modum contra peccantes insurgeret, sic tamen pro amore iusticie et salute proximi iudici et prelato consulebat contra culpam insurgere, ut prelatus ex suo consilio simul fieret criminis persecutor et hominis liberator, ut in subdito crimen deficeret, et homo cum crimine non periret. Et licet propter innocentiam difficulter crederet, quod homo peccaret, tamen cum constitisset aliquem ex infirmitate peccasse, sic alienas deflebat culpas ut proprias. Ex qua benignitate caritatis mirabile videbatur oriri in eius corporali aspectu, ut nemo eum aliquandiu alloquendo et conversando potuisset aspicere, a quo non contingeret spiritalis consolacionis gratiam haurire. Unde Frater Efrema de Salerno in toto ordine fratrum predicatorum celebris opinionis et fame consueverat dicere: quociens illum cum affectu devocionis aspicio, tociens ex eius aspectu et locucione spiritualis letitie et gaudii graciam haurire. Quod ex spiritus sancti presencia contingebat, de quo tanta gracia procedebat.
XX.
Erat etiam miro modo compassivus pauperibus et de suis tunicis et rebus tam habundanter indigentibus solitus erat tribuere, quantum sibi concessum erat a fratribus habundare, nichil sibi reservans de rebus superfluis, que sciebat esse danda pro suplendis defectibus alienis. Fuit autem ad has virtutes ex natalium suorum antiqua nobilitate dispositus, cuius mater multe fuit oracionis et devocionis et abstinencie, que manibus et genibus procumbens oracioni callum induxerat, quod terre multiplicatis flexionibus allidebat. Que talem non meruisset filium, nisi eius oracio placuisset apud deum. Soror etiam eius domina Theodora, mater domini Thomasii de Sancto Severino, comitis Marsici tante fuit pietatis in alios, quod quicquid habere poterat, pro necessariis sue persone modicis contenta, in operibus misericordie effundebat. In se vero tante fuisse asperitatis dicitur, ut magnam partem nocturni temporis concessi ad ocium, durissimis disciplinis de una cathena ferrea se verberans sibi converteret in tormentum; sensu provida, dispensatione magnifica et provisione discreta et in omnibus virtutibus, in quibus se exercere poterat singularis. Cuius corpus post obitum, cum fuisset ad locum alium pro sua veneracione translatum, inventum est integrum et magnum odorem astantibus reddidit, qui sanctitati sue certum testimonium et fidem dedit. Cuius etiam filius predictus, dum dictarum virtutum reddidit odorem, predicte se ostendit esse sancte generationis heredem. De fratribus etiam ipsius magna referuntur de probitatibus corporum, sed maiora de probitatibus animarum, qui pro defensione et zelo matris ecclesie ab imperatore Frederico sustinuerunt exilium et quidam ex eis pro fidelitate tormentum.
XXI.
Fuit autem magnus in corpore, procere et recte stature, que rectitudini anime responderet, coloris triticei ad temperate complexionis indicium, magnum habens caput, sicut perfectiones virtutum aliarum, que rationi deserviunt, organa perfecta requirunt. Aliquantulum calvus, tenerrime complexionis in carne, sicut aptitudo eius intelligencie exigebat; virilis robore, cum se ad actum alicuius virtutis corporee exercebat. Nichil terribile timens in coassistencia divina confidens. Vadens namque Parisius, cum in mari pateretur horrendam maris et aeris tempestatem, nautis eciam mortem timentibus, ipse imperterritus in tota tempestate permansit, ut videretur deus nobile corpus et organum preparasse, quod ad actum virtutis serviret obediens, quod nunquam esset racionis iudicio contradicens. In terroribus autem aeris, tonitrui et tempestatis quasi pro scuto opponendo, muniendo signo crucis dicebat: Deus in carnem venit, deus pro nobis mortuus est. Tam perspicacis autem fuit ingenii, ut requirenti eum fratri Danieli de Augusta, que erat maior gracia quam fecerat ei deus preter graciam gratis datam, cum satis vellet declinare, ne responderet, cogenti ait: Credo me intellexisse omne quod legi; et fertur dixisse aliquando familiariter studentibus non ad ambitum glorie inanis, sed ad preconium divine laudis et gracie, quod nunquam librum legerat, quem non intelligeret ad plenum. Cuius ingenii subtilitatem et acumen intelligencie et velocitatem diffinitivam iudicii ostendunt satis multitudo librorum, quos edidit, et veritatum et sentenciarum novitas, quas invenit, ut vix possit aliquis quantumcunque magni et solertis studii, libros quos edidit, ad intellectum perlegere, quos ipse potuit parvo tempore perquirere et dictare.
XXII.
Cum eius scripta dei dispensacione fuissent Parisius examinationi exposita, quorumdam invidia procurante pater egidius ordinis heremitarum, qui fuerat 13 annos dicti doctoris auditor, dixit deridendo insufficienciam correctorum: In hoc mirabili et felicis memorie doctore fuit sue subtilitatis ingenii et certitudinis iudicii manifestum indicium, quod opiniones novas et raciones, quas scripsit bachallarius, paucis exceptis, nec docendo, nec scribendo mutavit; nos autem moderni sicut incerti et dubii iudicii, opiniones, quas aliquando tenuimus, in contrarium arguti modico argumento mutamus. Unde et hi qui scripta eius examinant, non intelligentes, que iudicant, solius invidie stimulacione laborant, et in luce musce insiliunt, dum quod arguunt non cognoscunt, quasi de luce noctue audeant iudicare, et tenebrescunt ex lumine, dum de ignota eius veritate erraticant. Unde verificatur illud psalmiste: Illuminans tu mirabiliter a montibus eternis, turbati sunt omnes insipientes corde; a luce qua sanctus instruitur, invidus cognitione privetur. Sicque factum est divino miraculo, ut unde doctori sancto detrahitur, inde deo et sancto eius gloria cumuletur. Tante etiam fuit capacitatis et memorie retentive virtutis, ut hoc quod legendo semel caperet, perpetuo retineret. Sic enim fertur dixisse magistro de vercellis, cum statim querendo concilia, invenisset que quereret. Cuius insigne est opus mirabile super quatuor evangelia de sanctorum dictis compositum ad preceptum Urbani Papae, qui perlegens in diversorum monasteriorum libris pro maiori parte ita creditur memorie commendasse, quasi sanctorum dicta habuisset pre oculis, que legisset in libris.
XXIII.
Miro etiam modo fuit temporalium contemptativus, sive necessariorum pro victu sive horum et dignitatum. Nam semel veniens de sancto Dionysio, quo iverat sanctorum reliquias visitare, cum studentibus suis, et vidisset de propinquo civitatem Parisius, dixerunt ei studentes: Magister videte, quam pulcra civitas Parisius. Velletis esse dominus huius civitatis? Qui respondit: Libentius vellem habere omelias Chrysostomi super Mattheum. Civitas enim hec si esset mea, propter curam regiminis, contemplacionem divinorum mihi eriperet et animi consolacionem impediret. Oblatas etiam sibi plures dignitates et redditus a beate memorie Clemente Quarto papa, simul renuit redditus et honores, cum tamen omnis sui generis propinquos sub persecucione Frederici imperatoris pro causa ecclesie haberet in Campania exules, quibus ad subveniendum movere eum poterat naturalis affectus. Recepta etiam bulla ab eodem papa de promocione sua ad archiepiscopatum Neapolitanum cum addicione reddituum monasterii Sancti Petri de Ara, dignitatem renuit et quod ulterius ad alia eum non promoveret suppliciter exoravit.
XXIV.
Erat etiam pre nimia contemplacione quasi abstractus a sensibus sepe. Nam cum sanctus lodovicus rex Francie semel invitasset eum ad mensam suam, et ipse se humiliter excusasset propter opus summe, quod tunc dictabat, instante rege et mandante priore parisiensi cum illa ymaginatione, quam manens in cella conceperat, accessit ad regem, iuxta quem existens in mensa, subito mensam percutit dicens: modo conclusum est contra heresim Manichaei. Quem prior tetigit et dixit: Advertatis magister, quia nunc estis in mensa regis Francie, et traxit eum per cappam fortiter, ut abstractum a sensibus excitaret. Qui ad se rediens, inclinans se ad sanctum regem, rogavit eum ut sibi parceret. De quo rex est plurimum admiratus et edificatus, et vocato notario suo voluit rex, quod coram se redigeretur in scripto. Quidam etiam cardinalis legatus in regno audiens de eo plurima admiranda venit ad eum. Qui cum vocatus de studio in sua abstractione maneret, cum expectasset ille diutius sic abstractum, subito doctor ascendit habens faciem ylarem et ait: Modo habeo quod querebam. Qui cum nullum signum reverencie ei ostenderet, cardinalis cepit eum despicere. Cui dixit episcopus capuanus, qui fuerat eius discipulus: non miremini domine, quia sic frequenter abstrahitur. Et tunc traxit ipsum fortiter per cappam. Qui ad se rediens quasi evigilasset ile somno, et advertens se esse inter tantos prelatos, a domino cardinali humiliter veniam petivit. Interrogatus, cur in illa abstractione tam letam faciem ostendisset, dixit, de quadam questione, de qua diu cogitaveram, nunc pulcram racionem inveni, de qua gaudium animi manifestavit exterior leticia, quam ostendi. Existens aliquando in Sancto Severino, castro sororis sue cum dicto socio et aliis fratribus per magnum spacium temporis fuit passus extasim et abstractionem a sensibus, de quo soror turbata petivit a socio, quid hoc esset. Qui dixit: frequenter in spiritu rapitur, cum aliquid contemplatur, sed nunquam tanto tempore, sicut nunc, vidi eum abstractum. Et post modicum traxit eum per cappam fortiter, et sic eum quasi a somno excitavit. Qui suspirans ait: Fili, tibi in secreto revelo prohibens, ne in vita mea alicui valeas revelare. Venit finis scripture mee, quia talia vidi, quod ea que scripsi et docui, modica mihi videntur, et ex hoc spero in deo, quod sicut doctrine mee, sic erit cito finis et vite mee. Sicut enim deus Moysi, qui iudaeis legem iustitie attulit, et paulo, qui in gentibus legem gracie predicavit, sic et huic doctori eximio supra humanum intellectum plurima revelavit; qui de manu sedentis in throno libellum involutum recepit et apertum toti ecclesie exponendum porrexit. Cum enim semel consultum esset a medicis, quod in tibia portaret cauterium, dixit socio: Cum venit, qui ignem debet apponere, facias me ante scire. Quod cum fieret, in lecto in quo cauteriandus erat se preparans extendens tibiam totus fuit abstractione levatus, quod apposicionem ignis et cauterium non percepit. Cuius signum fuit, quod lecto, ubi tibiam extenderat, non mutavit. Cum semel in camera dictaret de trinitate, accepta una candela in manu dixit scriptori: Quicquid videas in me, cave ut non me voces. Et tunc in contemplacione abstractus et candela post horam consumpta est usque ad digitos, quibus ignem candele diutius adherentem doctor non sensit, sed ipsum ignem sine aliquo motu digitorum sustinuit, donec defecit. Simile visum fuit de eo Parisius, quociens oportuisset sibi minuere, ut antequam minutor ad percutiendam venam accederet, de abstractione sibi a sensibus per contemplacionem provideret, et tunc secure minutor venam percuciens sancti doctoris ymaginationem non poterat ledere abstracti a sensibus. Erat enim miro modo passibilis, et ideo subito lesivo corporis turbabatur. Unde et sibi divinitus est concessum, quod aliquam lesuram corporis non sentiret. — Predicabat autem populo utilia evitata omni curiositate tam in dividendo, quam in prosequendo. Qui tam reverenter audiebatur a populo, quasi sua predicacio prodiret a deo. Et quod dicebat ore, implebat opere; admirabatur quoque plurimum, quomodo aliqui et precipue religiosi possent de alio quam de deo loqui, aut de his que deserviunt edificacioni animarum. Unde et a iuventute mos ei erat, quando in communi locutorio et locucione, si hi cum quibus erat, ad alia sua ora laxarent, statim de loco illo recedebat, quasi ad eum non pertineret locucio, que non esset de deo, aut non saperet edificacionem proximi. Sic enim se disposuerat, ut aut cum deo loqueretur, dum oracioni insisteret, aut deus per ipsum diceret scriberet vel doceret, ut in se ipso quodammodo perficeret gyrum celi, ut a se in deum sue mentis motum orando inciperet, et a deo ad proximum docendo consurgeret; unde iterum sui motus circulum inchoaret.
XXV.
Quidam Frater cum cepisset mente sollicitus, et affectione devotus cogitare, quomodo posset convenienter texere plenariam ystoriam dicti sancti, et super his oraret deum et beatum Thomam, ut scribendi ei sufficienciam impetraret, post oracionem soporatus circa auroram vidit in somnis coram se unum rete argenteum contextum catenulis argenteis cuius diversorum colorum lapidibus preciosis in ipsius retis medio mira varietate contextis. Qui intelligens, in his vitam et virtutes illius signari, cogitabat, quibus lapidibus illos possidet virtutibus adaptare ut congrue responderent. Qui vigilans ystoriam circa quam ceperat, prosecutus est. Tota enim huius vita fuit ex apparicione argentea, conversacione candida, actione mundissima et doctrina sonora, et in similitudinem retis, quia vita doctrine in omnibus concordavit, in quo visi sunt inserti tot lapides, quot in eius anima sunt infuse virtutes. Figurata in Rationali iudicii, in quo intexti erant 12 lapides preciosi, quos portare debebat summus pontifex ante pectus, in quo doctrina et veritas scripture scripta erant, quia eius doctrina in veritate prefulsit.
XXVI.
Cum eius socius febrem continuam pateretur venit ad eum visitandum et confortandum. Quem cum ad pacienciam induxisset, consuluit ut ad sanctam Agnetem specialem devocionem conciperet, et ab ea ut sanitatem reciperet, speraret. Cuius merita implorans reliquias dicte sancte, quas ex devocione ad pectus suspensas portabat, orans posuit super pectus infirmi, et statim sanus et ylaris in lecto sedit. Quod miraculum utriusque sancti meritis est credendum. — Parisius vero cum in crastino determinare deberet coram universitate quamdam, quam disputaverat, questionem, surgens de nocte, ut consueverat, ad orandum, percepit in ore suo supercrevisse unum dentem superfluum, qui impedimentum prestabat non modicum ad loquendum. Quod ab eo audiens socius consuluit, quod universitati diceretur in crastino, quod impedimento superveniente, determinare non poterat et ordinaretur, quod ferro dens auferretur. Doctor igitur considerans universitatis scandalum et quod imminere poterat ex dentis avulsione periculum, dixit socio: Nullum aliud video remedium, nisi quod divine providencie me committam. Et diu orans in loco solito cum lacrimis remedium petiit. Quo orante instantius dens ille superfluus sine aliqua violencia vel dolore tactu sue manus levi evellitur, et ipse ab impedimento locucionis totaliter liberatur. Quem dentem ad recolendum divine beneficium pietatis magno tempore secum tulit. — Cum in septimana sancta idem predicasset Romae de passione Christi in ecclesia sancti Petri et populum ad lacrimas provocasset, in die Paschae induxit eos ad gaudium et ad congaudendum gloriose virgini de resurrectione filii, sicut pridie fuerant de passione compassi. Qui cum descendisset post predicationem de pulpito, mulier quedam, que magno tempore fluxum sanguinis passa erat et nullo iuvari potuerat remedio medicine, cappe eius fimbriam tetigit et statim liberata est. Et sequens eum ad sanctam Sabinam, quod beneficium recepit, eius socio indicavit. — Cum semel ipse esset Neapoli in sua camera decumbens in lecto, fratre Bonofilio de Neapoli, qui ei serviebat absente, germanus dicti servitoris puerulus ad custodiam camere remanens, vidit per fenestram camere stellam fulgentem ad mensuram magnitudinis fenestre ingredi et super caput eius per spacium unius Ave Maria residere, et post paululum eodem vidente, unde venerat inde redire. Qui postea factus senex, hoc inquisitoribus sub iuramento deposuit. Demon frequenter visus est in forma ethiopis ipsum temptaturus ad cameram eius accedere et magister ipsum signo crucis opposito et clamando fugare.
XXVII.
Post hoc cum dictus doctor de mandato domini Gregorii Decimi pape iret ad generale concilium Lugdunense et portaret libellum, quod de mandato domini Urbani pape fecerat contra grecos, contingit ipsum transire per Campaniam in castro magencie, quod erat domine Francisce neptis sue debilem declinare, ubi amisit totaliter appetitum. Et requisitus a magistro Ioanne de Guidone de Piperno, si aliquem cibum appeteret, et de nullo cibo, nisi de alecibus, que comederat in Francia, diceret se posse gustare, anxiatus ille, quia talis piscis ibi non poterat inveniri, invenit in platea castri sardas recentes de Terracina portatas in salma. Quam cum fecisset deponi ad terram, repperit unam de alecibus cistam, de quo miratus, quod nunquam ibi visi fuerant tales pisces, et quod venditor solas sardas se emisse dicebat. Predictos pisces fecit magistro deferri cum gaudio. Qui advertens grande miraculum, renuens de illis comedere, dixit medico: Melius est quod divine providencie me committam, quam de his piscibus sic a deo prestitis et a me concupitis manducare presumam. De quibus piscibus, quia multi comederunt, et medicus retulit, miraculum est vulgatum in regione. Cumque fuisset aliquibus remediis confortatus, ut videretur sibi, quod posset iter inceptum prosequi versus Romam, invitatus ab abbate et monachis monasterii Fossae Novae cisterciensis ordinis predictum monasterium est ingressus cum comitiva decenti concurrencium et concomitancium monachorum. Qui ingressus ecclesiam debita reverencia sacro altari exhibita, sanctum claustrum intravit. Ubi facta manu domini super eum dixit, pluribus suis fratribus et monachis audientibus: Frater Raynalde hec requies mea in seculum seculi, hic habitabo etc. Et positus est in camera abbatis, et sicut exigebat necessitas, pie stratum est ei caritative suis sociis collatis. Ubi cum pluribus diebus gravatus amplius in infirmitate decumberet, monachi cum tanta reverencia et humilitate ei servire ceperunt, ut ei de silva propriis humeris ligna deferrent. Qui aliis compassivus dicebat: unde hoc mihi ut servi dei serviant homini et onus tam de longe deferant! Qui licet admodum debilis esset, rogatus ab aliquibus monachis ut aliquid memoriale sue sciencie eis in finem relinqueret, breviter eis exposuit cantica canticorum, in dilecti et dilecte canticum terminans studium, qui ad dilecti properabat amplexum.
XXVIII.
Deinde nimia debilitate deficiens et suum exitum presenciens cum magna devocione peciit sacrosanctum Christi corporis sacramentum. Quo sibi ab abbate et monachis reverenter portato, cum ipse prostratus ad terram debilis corpore fortis mente suo domino obviam cum lacrimis occurrisset, oblato sibi dominico sacramento, cum petitum fuisset ab eo, ut moris est, si crederet, quod illa hostia consecrata esset verus filius dei, qui exivit de utero virginis etc. libera voce et devote cum lacrimis ait: Si maior sciencia, quam fides de hoc sacramento in hac vita haberi potest, in illa respondeo, quod vere credo et pro certo scio, hunc deum verum esse et hominem, dei patris et virginis matris filium et sic credo animo et confiteor verbo. Et premissis aliis devotis verbis sumendo sacramentum predixit: Sumo te precium redemptionis anime mee pro cuius amore studui, vigilavi et laboravi; te predicavi, te docui. Nichil unquam contra te dixi, sed si quid male dixi, ignorans dixi. Nec sum pertinax in sensu meo, sed si quid male dixi de hoc sacramento et aliis, totum relinquo correctioni sancte Romane ecclesie, in cuius obediencia nunc transeo ex hac vita. In huius eciam sacramenti elevacione consuevit dicere: Tu rex glorie Christe, tu patris sempiternus es filius etc. usque in finem cum magna devocione. Die alio petivit exeuncium sacramentum. Qui cum ad singulas sacre unctionis formulas respondisset, post paululum spiritum reddidit deo patri millesimo CCLXXIIII septima die Marcii hora matutinali, et tam laetanter exivit de corpore, quasi mirabiliter videbatur manere extra corpus.
XXIX.
In cuius transitus hora quidam illius monasterii monachus orans in ecclesia obdormivit. Et ecce visa est ab eo una stella miri splendoris super monasterium cadere, et due stelle combinate ad ipsam descendere et primam stellam ad celestia sublevare, que duarum stellarum videbatur splendorem attingere et magnitudinem adequare. Expergefactus autem a somno, cum audisset pulsar tabulam signum obitus eius qui tunc obierat, intellexit primam stellam signare eius animam que celum cum aliis conscendit. Quedam eciam stella per modum comete tribus diebus ante eius obitum super monasterium visa fuit, quod cum ignoraretur, quid significaret, dum apparuit, ostendit illius doctoris obitum, dum cessavit. Frater etiam Paulus de Aquila vir magne probitatis et fame, lector et inquisitor hereticorum existens Neapoli vidit ymaginaria visione, ipso migrante, predictum doctorem ibi legentem in scolis coram scolarium multitudine copiosa et beatum Paulum eius scolam intrantem cum societate sanctorum. Cui cum doctor descendens de cathedra vellet occurrere, apostolo ei innuente, quod legeret et prosequeretur quam ceperat lectionem, doctor rogavit apostotum, ut ei diceret, si habuisset verum de suis epistolis intellectum. Qui respondit: Bene sicut in hac vita homo vivens in corpore potest scire. Sed volo, ut mecum venias, et ducam te ad locum, ubi clariorem habebis de omnibus intellectum; et videbatur ipsum per cappam accipere et ducere extra scholas. Ad cuius exitum dictus Frater cepit fortiter clamare dicens: Succurrite fratres, succurrite; quo fratres excitati interrogaverunt, quid clamans in visione vidisset. Qui narravit eis totam per ordinem visionem. Qui horam notantes noverunt illam fuisse obitus sui horam. Dominus Ioannes de Ferentino, supprior dicti loci visu oculorum totaliter carens, fecit se duci ad corpus eius. Ad cuius pedes cum reverencia et devocione prostratus applicavit se funeri, et ponens faciem suam super faciem eius oravit deum, ut illius meritis fieret ei restitutio luminis. Qui statim illuminatus clamavit: Benedictus deus, quia meritis huius sancti visus est mihi perfectissime restitutus.
XXX.
Abbas autem et monachi tot visis sanctitatis indiciis, dolentes de tam subita eius morte et gaudentes se tantum meruisse patronum, solemnes circa sancti corpus exequias celebrarunt. Quibus interfuerunt plures fratres sui ordinis qui ad eum venerant visitandum. Et Terracinensis episcopus Frater minor cum pluribus sui ordinis fratribus, et multi de Campania nobiles, quorum plurimi attinebant eidem. Cum igitur funus cum cantu et reverencia ad ecclesiam portaretur, domina Francisca neptis eius, que non audebat monasterium ingredi, ab abbate de gracia petivit, ut funus faceret deferri ad ostium. Quo viso ipsa cum aliis duabus fecit super lugubre ex more lamentum. Quarum clamor et gemitus, cum longius personaret, mulus, cui doctor insederat, de stabulo se fracto fune dissolvit et nullo ducente appropinquans ad feretrum mortuus cecidit sine omni alia infirmitate. Delatum est demum ad ecclesiam corpus, in qua fuit venerabiliter tumulatum. Frater autem Raynaldus de Piperno, qui tocius vite sue meruit testis esse et socius pro sui commendacione astantis populi surgens in medium predicavit et dixit: Ego istius doctoris tocius vite exterioris et consciencie testis sum et frequenter et nunc generalem ejus confessionem audivi. Quem ita semper purum repperi, sicut puerum quinque annorum, qui nunquam sue carnis sensit contagium, nec habuit in aliqua pravitate consensum. Post eius obitum die tercia Frater Raynerius maturus Pisanus nostri ordinis vir admodum laboriosus et humilis, ei multum familiaris in vita, cum fuisset pre dolore obitus eius diutius amare lacrimatus, cogitans quod tanta sciencia fuisset amissa dormiensque post gemitum, vidit quod Frater Thomas exibat de sacristia indutus sacerdotalibus vestibus procedens ad altare cum ministris paratus ad missam, ipso fratre Raynerio faciente more solito cantoriam. In qua cum doctor procederet vertens se ad populum post evangelium, solemniter predicavit. Quibus finitis redeunte eo ad sacristiam et choro toto fratrum ei devotius inclinante, cum idem Frater Raynerius in eum curiose intenderet, perpendit dictum doctorem dextrum oculum multo maiorem habere sinistro et incomparabiliter clariorem mirandique splendoris. De quo cum plurimum miraretur, dixit ei: De hoc fili miraris! quantam differenciam in me oculi dextri ad sinistrum perpendis, tanta est differencia sciencie, quam nunc in patria habeo, ad illam quam habui dum essem in vita.
XXXI.
Cogitans autem dictus abbas, quod cognitus erat locus sepulture ipsius et quod posset eis auferri, procurantibus fratribus sui ordinis per mandatum summi pontificis corpus eius, quod erat loco depositi dicto monasterio commendatum, occulte ipsum transferri fecit ad capellam Sancti Stephani iuxta claustrum. Cui apparens doctor in somnis ipsum graviter arguit, quod erat suo corpori in debita reverencia derogatum, et quod fratres sui ordinis essent decepti, qui locum in quo reverenciam redderent, in veritate nescirent, et comminatus est ei, nisi corpus suum ad priorem locum cito reduceret. Qui timens et volens nichilominus claustrales monachos hoc latere, acceptis capelle illius clavibus a domino Blasio et assumptis duobus monachis extraneis et aliquibus oblatis accessit ad locum et patefacto sepulcro ferreis instrumentis, anno a die sue translationis, illuc tantus odor de eius sepultura subito exalavit, ut non sepultura defuncti hominis, sed apotheca aromatum visa sit patuisse. Qui tantus odor sic per monasterium se diffudit, quod nullo indicante ad ipsum monachi divinitus excitati convenerunt et viderunt corpus eius integrum in membris et in pannis, cappa et caputio sui ordinis habitu, sicut fuerat ante positum in sepulcro, in nullo penitus immutatis, cum tamen eius corpus fuerat grossum et pingue et magnum et solum sepulture humidum et profundum. Quod videntes monachi, posito in lecto defunctorum sancti corpore et elevato, ut ad ecclesiam cum sollempnitate deferretur, ordinato prius, que cantare deberent, cantor alta voce incepit: Iste sanctus digne vertitur in memoriam hominum, qui ad gaudium transiit angelorum. Quod cum cantibus reverenter delatum, sepultum est iuxta altare maius in quadam tumba marmorea, et conventus cantavit missam de confessore. Cantor enim cum non precogitasset, quem introitum diceret, subito cantare cepit: Os iusti meditabitur sapienciam etc. Dum autem monachi ad refectionem ivissent, inter custodes alios sacri corporis, magister Iacobus murator pro sepulcri paratura cum aliis ad custodiam mansit. Qui aperiens tabulam, qua capsa sacri corporis tegebatur, terram que circa pectus ejus ceciderat, recolectam eduxit, que magnum odorem reddidit, qui se per totum chorum cum fragrancia magna diffudit, ita ut omnes qui aderant, mirarentur, stupentes, quod non solum corpus sancti odorem redderet, sed etiam omnia, que adhesissent ei; unde quidam nobilis, qui pro habendis sancti reliquiis venerat, de illa terra partem aliquam secum detulit et pro suo sanctuario conservavit. Divina autem providencia in tali monasterio obiit ut tot sanctorum religiosorum fide dignum testimonium haberetur de miraculis sacri corporis eius, qui compellerentur clamantibus signis eius sanctitatis testes existere, qui videbantur forte, ne videretur, quod claresceret miraculis, occultare, ne propterea a fratribus sui ordinis peteretur corpus ipsius. Quibus eciam fratribus sui ordinis non fuisset creditum de frequentacione odoris, quin fuisset humana sagacitate suppositus, qui senciebatur tam mirabili suavitate diffusus, nisi inter manus tot testium fuisset aliis manifestus. Quarto decimo vero anno ab eius obitu dominus Petrus, abbas dicti monasterii, rogatus a domina Theodora, sorore sancti, ut ei daret de reliquiis manum dextram fratris sui, promittens hoc facere accessit ad sancti sepulcrum, et ferreis instrumentis vix elevato lapide sepulture et patefacto sacri corporis precioso thesauro, sicut prius inde magnus odor exivit. Ad quod sicut antea omnes monachi convenerunt et invenerunt corpus eius integrum in membris et in pannis sui habitus, sicut prius, excepta summitate nasi que modicum erat ex diuturnitate corrosa. Cuius dexteram, quam credebat ut putridam, posse evellere, compulsus est detruncare. Quam licet pre stupore mirabili pavidus, presumptuosus tamen ex devocione concepta, accepit et cum reverencia detulit ad sororem, que illam cum desiderio expectabat. Quam receptam devote cum lacrimis fecit diligentius conservari cum aliis reliquiis, quas habebat. Que usque hodie, sicut accepta fuit, integra sic apparet, que apud conventum Salernitanum nostri ordinis, in quo est sepultum corpus dicte sororis eius, cum veneracione servatur. Quidam vero clericus dum de sancto non devote sentiret et devocionis causa a quodam capellano plures reverende reliquie monstrarentur dicente se adhuc preciosiores habere, sc. manum sancti Thomae de Aquino, ilico eum derisiorie de his trufante, cum eas non curaret videre, sed diceret: sanctus non est, sed Frater quidam ordinis predicatorum, tremor apprehendit et caput eius ad modum cuiusdam magne ciste grossum sibi esse videbatur. Qui infirmitate correptus et penitens, dum veniam a sacerdote petitam obtinuit, reverenter manum sancti deosculans, confestim a tremore et inflacione capitis liberatus est sensitque progredientem maximum ex illa manu odorem, qui odor, cum ipsius curati capucio personeque ex tactu manus eiusdem per magnum tempus inhereret, multis eundem postea percipientibus et sciscitantibus quid esset hoc, narrare quod acciderat et nolens miraculum cogebatur. Fuit autem hoc XLII anno ab obitu dicti doctoris, quod et tunc adhuc cum odore dicta manus in sua integritate perdurabat excepto pollice, qui fuit alicuius devocione subtractus, extensa siccata et a suo colore triticeo iam mutata. Sensit eciam idem clericus cum odore, mentis in omni temptatione auxilium, ut quociens sensisset se ab adversario impugnari, eciamsi iam deliberasset in animo consentire, vocato dei auxilio et meritis dicti sancti, continuo se percepit ab omni periculo liberum et securum. Cum autem hoc miraculum fuisset domino Thomasio de Sancto Severino, comiti marsici pluries ennarratum, laudans deum de miraculo, et cogitans quod a fratribus sui ordinis reverentius servaretur predicta manus, ipsam priori et conventui salernitano concessit cum reverencia conservandam. Ad quam venerandam devocione debita cum quidam Frater devotus plurimum accessisset sperans, quod ab aliis audiverat, sentire suavitatis odorem, cum non sensisset, ut speraverat, iterum ad ipsam reverentius adorandam cum majori devocione se preparans sensit odorem mirabilem, cui similem non recoluit se sensisse. Quod miraculum priori suo et pluribus enarravit. Qui odor quia non sentitur ab omnibus, qui ipsam manum adorant, nec quociens adoratur, omni caret suspicione, quod non sit ille odor humano ingenio procuratus, quia et nullius alterius rei odori similis inveniatur. Referunt eciam qui ad adorandum accesserunt et alia sanitatis beneficia receperunt, quod idem miraculum de odore ad alias dicti sancti reliquias esset ostensum. Ex quo inolevit consuetudo devota, quod homines in suis operibus occupati in agris, quacunque infirmitate subito gravarentur, ad dicti sancti sepulcrum ire et eius meritis graciam invenire. Magister raynaldus, arte cyrurgicus, sed per decennium podagricus ita quod per se ire non poterat absque baculi vel hominis suffragio, se deo et beato Thomae devovens et procumbens iuxta tumulum eius, oracione facta, sanus prosiluit currens et deum laudans et sanctum suum. De quo miraculo monachi stupefacti pulsatis campanis: te deum laudamus solemniter cantaverunt. Petrus Francisci de Piperno oblatus dicti monasterii ex horribili quadam visione fantasmatis percussus pedibus manibusque contractus fuit et ore distortus et facie sensibile carens et omni virtute destitutus mortuo similis videbatur adeo ut igne membris eius admoto non sentiret, portatus ad sancti tumulum, post morulam liber et sanus surrexit. Qui statim relicto seculo factus est conversus dicti monasterii conversacione devotus. lacobus romanus habitator piperni, cum haberet filium puerulum Nicolaum paraliticum in sinistro latere, in quo motum amiserat naturalem, concepta devocione ad sanctum Thomam, filium suum super eius sepulcrum orando cum lacrimis collocavit, donec missa a monachis cantaretur. Qua finita filium de sepulcro sustulit perfecte curatum agens gracias deo et sancto suo. Dominus Nicholaus Angeli de Piperno paciens artheticam in brachio dextro, ita quod nichil cum ipso poterat operari, concepta devocione ad sanctum Thomam, accessit ad ejus sepulcrum cum plena fide. Super quod dum orans deum sancti meritis graciam implorasset, posito super sepulcrum infirmo brachio, subito fuit sanitati pristine restitutus. Thomasius Iuvenis de Piperno infectus lepra, nondum a societate hominum separatus, cum devocione ad sepulcrum sancti Thomae accessit eius meritis confisus. Iuxta quod cum, pia dissimulacione, permisissent eum monachi pernoctare, de nocte ei dormienti sanctus Thomas apparuit dicens: Quid petis a me? Qui cum respondisset: peto a deo tuis precibus et meritis liberari. Sanctus respondet ei: Surge et esto sanus. Qui evigilans cum gaudio reperit se sanatum gratias agens deo et sancto Thomae.
[1] https://www.treccani.it/enciclopedia/pietro-calo_%28Dizionario-Biografico%29/?utm_source=chatgpt.com
[2] https://www.tesionline.it/tesi/preview/50881/3/il-legendarium-di-pietro-cal%C3%B2-saggio-di-edizione–capitoli-576-586-
[3] „Fontes vitae S. Thomae Aquinatis, notis historicis et criticis illustrati… ”, Prümmer, Dominicus M., 1912 r., https://archive.org/details/fontesvitaesthom00pr/page/14/mode/2up
[4] https://it.wikipedia.org/wiki/Pietro_Cal%C3%B2
[5] „Fontes vitae S. Thomae Aquinatis, notis historicis et criticis illustrati… ”, Prümmer, Dominicus M., 1912 r. https://archive.org/details/fontesvitaesthom00pr/page/14/mode/2up
lub
https://dn790009.ca.archive.org/0/items/fontesvitaesthom00pr/fontesvitaesthom00pr.pdf
[6] Przekład na język polski – Marcin Błaszczyk, narzędzia i metodologię ich użycia opisałem w rozdziale „Uwagi o warsztacie pracy”.